Ślonzog na flugplacu, czyli o pracy kapelana na lotnisku JFK

Spotyka się na lotnisku ksiądz, rabin i imam… Nie, to nie jest początek jakiegoś kawału, ale rzeczywistość, z jaką mam do czynienia od 14 lat, bo tak długo już spełniam rolę kapelana dwóch nowojorskich lotnisk: Johna F. Kennedy’ego i LaGuardii, mimo że pochodzę ze Śląska, a konkretnie z Panewnik. Żartując, często powtarzam, że przy 80 milionach pasażerów, jakie przewijają się przez te lotniska, i 60 tysiącach pracowników (nie licząc załóg pokładowych), bycie w dodatku proboszczem parafii jawi się niemalże jak jakieś hobby po pracy…
Przypuszczam, że niektórzy z was widzieli gdzieś kaplicę lotniskową, a być może nawet do niej zajrzeli, ale chyba nie bardzo jasnym jest, co taki kapelan tam robi. Przyznam się, że jest to najczęściej zadawane mi pytanie. Od razu chciałbym zaznaczyć, że niewiele ma to wspólnego z bieganiem z kropidłem po pasie startowym. Owszem, mamy na JFK msze odprawiane prawie codziennie, ale nie na tym się wszystko skupia. Moja praca to tak naprawdę to, co dzieje się przed mszą i po niej. Miejsce kultu na lotnisku zdecydowanie różni się funkcjonalnie w porównaniu do normalnego kościoła parafialnego: moimi parafianami nie są tylko ci, którzy pokwapią się do mnie dotrzeć; wręcz przeciwnie, to właśnie ja muszę do nich dojść. I nieważne, jakiej są religii, moja posługa jest taka sama względem wszystkich. Oznacza to potrzebę rozeznania się w religiach i kultach, potrzebach ludzi oraz sposobach, jak im służyć. Konkretnie więc pytam, jak mogę pomóc, bez względu na religię. Wymaga tego ogromna różnorodność tego miejsca, a z drugiej strony niezwykła bliskość pomiędzy nami wszystkimi. To, co dotyczy kogoś drugiego, dotyczy całej naszej lotniskowej wspólnoty, od tych, co czyszczą toalety, aż po zarząd. Stąd też bardzo często przewodniczę nabożeństwom żałobnym osób różnych religii i przekonań. Dla nas wszystkich są to nasi koledzy, przyjaciele i bliźni.
Dużą część czasu spędzam na „zamiataniu” terminali. Chodzi tu o przejście przez cały terminal, odwiedzenie pracowników, pokrzepienie ich dobrym słowem, wysłuchanie. Oni bardzo to sobie cenią, że Kościół nie czeka, ale wychodzi do człowieka. Z wieloma z nich zaprzyjaźniliśmy się, tak samo jak z pilotami, obsługą pokładową, technikami, kontrolerami lotów, strażakami, policją oraz ludźmi cateringu, cargo, służbami specjalnymi, celnikami itd. Czasem także pomoc w ich pracy jest bardzo doceniana, np. umycie sterty talerzy w restauracji czyni cuda.
W samej kaplicy oferta jest też dość bogata: są śluby, chrzty, prowadzę katechumenat, kierownictwo duchowe, nauki przed chrztem oraz rekolekcje sam na sam. Często przybierają one postać wspólnie spędzonego lunchu, gdzie jest coś dla ducha i coś dla ciała.
Mamy także specjalne papieskie przywileje względem osób oddanych naszej posłudze duszpasterskiej: mogę udzielać sakramentu bierzmowania w każdym czasie, bez potrzeby uzyskania pozwolenia od mojego biskupa.
Bardzo istotnym jest poznanie topografii i funkcjonowania lotniska: od lokalizacji wszystkich toalet, przez rozkład jazdy, aż do schematów operacyjnych i lotniskowej nomenklatury i slangu. Ułatwia to zrozumienie ludzi, ich środowiska, uwarunkowań i problemów, z jakimi się borykają. Dobra znajomość komunikacji niewerbalnej pomaga w odnalezieniu sytuacji stresowych i jest nieodzowna w przypadku języków, których nie znam.
Do tej pory dwukrotnie byłem zaangażowany w wypadkach lotniczych. Jest to zupełnie osobna kategoria służby, gdzie pracujemy wspólnie z innymi grupami ludzi. Dorocznie odbywamy ćwiczenia na pełną skalę, włącznie z aktorami, którzy mają odpowiedni „makijaż” złamanych nóg, rąk, mocno pokrwawionych twarzy itd., po to, by jak najbardziej urealnić sytuacje kryzysowe. Aktorzy ci są odpowiednio kierowani, by wyrażać stres, ból i niezadowolenie. Ćwiczenia te są bardzo wymagające i często odbywają się w nocy, kiedy zmęczenie odgrywa dodatkową rolę. W tym celu ukończyłem szereg szkoleń z zakresu kryzysowej interwencji pastoralnej i kursów oferowanych przez FEMA (Federalną Agencję Zarządzania Kryzysowego), a także przez Amerykański Czerwony Krzyż, gdzie pełnię rolę agenta pomocy duchowej i pomagam w sytuacjach kryzysowych poza lotniskami.
Oczywiście dla mnie latanie samolotem to o wiele więcej niż tylko podróż: umiem wtedy docenić pracę wielu ludzi, których poświęcenie nie zawsze jest widoczne. A może więc dobrze jest czasem wejść do kaplicy przed wylotem nie tylko, by pomodlić się o dobrą podróż, ale także za tych, którzy służą nam wszystkim, pomimo tego, że w domu kłopoty albo że dziecko jest chore…
Szczyńść Boże!
Krystian Piasta