Luty 2026 2(156)

W numerze:

  • Wydarzenia parafialne. Światowy Dzień Chorego
  • Słowo księdza proboszcza. Eucharystia jest dla nas ważna!
  • Piątek bez mięsa: małe wyrzeczenia, wielka miłość
  • Zrodzone z tęsknoty
  • Towarzyszyć… O rodzinnym przeżywaniu Wielkiego Postu – wywiad z księdzem Andrzejem Króliczkiem
  • Święty Gerard Majella – patron dobrej spowiedzi
  • Życie ludzkie jest  święte
  • Psałterz Najświętszej Maryi Panny (część II)
  • Gietrzwałd – miejsce  święte
  • Jakub apostoł – pielgrzym o sercu wojownika
  • „Wielki Foch. O (nie)dojrzałości kobiet” – recenzja
  • Nadzieja płynąca z trumny
  • „Ja mechanik od duszy” – spotkanie z ks. Jerzym Szymikiem
  • Z życia Kościoła – 
subiektywny wybór
  • Wiadomości z Syberii
  • Mózg na talerzu – jak odżywianie wpływa na układ nerwowy
  • Akademia Biblijna – mowa eucharystyczna 
  • Wieczorek małżeński – 30.01.2026
  • Statystyka
  • Nowy rok w szkolnych ławkach
  • Wierzyć z dziećmi
  • Fotokronika parafialna.
  • Ostatnia strona. Jasełka OAZY DZIECI BOŻYCH
Eucharystia jest dla nas ważna

Eucharystia jest dla nas ważna

Bardzo cieszę się z wysokiej frekwencji na niedzielnych mszach św. w naszym kościele. Jesienią odnotowaliśmy chyba rekord: 45% dominicantes. Co oznacza to dziwne słowo: „dominicantes”? Pochodzi od nazwy „niedziela” w języku łacińskim, czyli „domenica”. A teraz jak się ją oblicza. Bierze się ogólną liczbę parafian, odlicza się z tej liczby 20% dzieci i chorych, czyli osoby, które nie są zobowiązane do uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii. Od pozostałej liczby oblicza się procent osób, które w niedzielę ministranci policzyli w czasie mszy. Dla przykładu w Kłodnicy mamy ok. 3000 parafian. 80% to 2400 osób. Na niedzielnej Eucharystii było 1100 wiernych, co daje nam owe 45% dominicantes. Liczba ta cieszy, bo w okolicy widzimy gwałtowniejszy spadek uczestnictwa w niedzielnych mszach św., co przekłada się średnio na 20% dominicantes. Oczywiście mam świadomość, że w naszym kościele można spotkać nie tylko Kłodniczan. Ale też i niektórzy nasi parafianie uczestniczą regularnie w Eucharystiach niedzielnych w innych kościołach.

Tyle o mszach św. Jeśli chodzi o uczestnictwo w nabożeństwach, nie jest już tak różowo. Widzimy gwałtowny spadek liczby osób uczestniczących w przeróżnych nabożeństwach. Najgorzej w tym rankingu wypadają chyba niedzielne nieszpory oraz nabożeństwa majowe. W jeden piątek ubiegłego roku, już po tak zwanym białym tygodniu, na nabożeństwie majowym doliczyłem się tylko dwunastu wiernych. W poprzednim październiku, miesiącu różańcowym, właśnie nabożeństwa różańcowe także zaliczyły spadki uczęszczających na nie, nie mówiąc już o dzieciach, których na różańcu w kościele praktycznie nie ma. Teraz rozpoczęliśmy Wielki Post. Mamy dwa piękne pasyjne nabożeństwa. Moje ulubione – Gorzkie Żale z kazaniem pasyjnym, na które serdecznie zapraszam, tym bardziej że co roku z frekwencją na nich jest coraz gorzej. No i nabożeństwo drogi krzyżowej, które chyba pozostaje najpopularniejszym nabożeństwem w przeciągu całego roku. 

Oczywiście to są tylko nabożeństwa. Wyrastają one z konkretnych duchowości, które się zmieniają. To prawda. Niektóre modele duszpasterskie czy właśnie nabożeństwa po prostu się kończą i tak było nieraz w historii Kościoła. Problem rozpoczyna się wtedy, kiedy okazuje się, że w ich miejsce nie pojawią się inne formy duchowości czy nabożeństw. To jest zły znak, bo to symptom, że nie kończą się tylko formy, ale coś niedobrego dzieje się z duchowością. Jedną formę owej duchowości i jej praktykowania szczególnie polecam. To adoracje Najświętszego Sakramentu. W każdy czwartek od 17 adoracja w ciszy, w piątki po mszy św. wieczornej można adorować z naszą oazą. I w co drugi wtorek adoracja uwielbieniowa o godz. 20. Wtedy wystarczy przyjść i dać się poprowadzić. Adoracje są ponadczasowe i zawsze na czasie, taka forma uspokojenia swoich myśli i doładowania się Bożą energią.

ks. proboszcz Leszek Makówka

Zrodzone z tęsknoty

Nabożeństwo drogi krzyżowej kojarzymy zazwyczaj z Wielkim Postem – czasem danym nam po to, by wraz z parafialną wspólnotą wejść w przeżywanie misterium męki i śmierci Pana Jezusa, by wpatrując się w cierpiącego i zwycięskiego Pana, spojrzeć na siebie w prawdzie i odkryć Miłosierną Miłość ofiarującą przebaczenie.

Nie tylko daty i fakty

Historia drogi krzyżowej jest znacznie bardziej żywa i poruszająca, niż sugerowałby sam schemat czternastu stacji. Nabożeństwo rodziło się powoli, w bólu, w tęsknocie i w ogromnym pragnieniu dotknięcia realności męki Chrystusa. W tle są nie tylko daty i fakty, ale też ludzie, którzy ryzykowali życiem, by zachować pamięć o Jerozolimie, oraz ci, którzy tworzyli formę znaną nam dzisiaj.

Najstarsze korzenie sięgają IV wieku, kiedy pielgrzymi zaczęli odwiedzać miejsca związane z męką Jezusa. Po edykcie mediolańskim /313 r./ chrześcijanie mogli wreszcie swobodnie pielgrzymować, a w Jerozolimie zaczęto wyznaczać konkretne punkty trasy, którą miał przejść Chrystus.

Nie była to jeszcze droga krzyżowa w naszym rozumieniu – była to raczej żywa, spontaniczna modlitwa ludzi, którzy chcieli „zobaczyć, dotknąć, zrozumieć”.

Zachowały się świadectwa pielgrzymów, którzy mówili, że przejście tej trasy było tak poruszające, iż wielu z nich płakało, a niektórzy wracali do domu całkowicie odmienieni twierdząc, że „kamienie Jerozolimy uczą więcej niż księgi”. A doświadczenie to trwa i choć minęły setki lat, Jerozolima XXI w. nadal mówi i uczy pokornego przyjmowania miłości – nie tylko poprzez „kamienie”, ale też przez ogrom ludzkiego cierpienia.

Franciszkanie – strażnicy pamięci

W XI–XIII wieku, w czasie krucjat, dostęp do Ziemi Świętej stał się niebezpieczny. Wielu pielgrzymów ginęło, inni byli porywani, a niektórzy wracali z traumą. To właśnie wtedy narodziła się myśl, by przenieść Jerozolimę do Europy.

W 1342 roku papież powierzył franciszkanom opiekę nad miejscami świętymi. To oni jako pierwsi prowadzili pielgrzymów ulicami Jerozolimy, wyznaczali stacje i czuwali nad tradycją „Via Dolorosa”. Ich codzienna modlitwa i opieka nad miejscami męki Pańskiej stały się fundamentem nabożeństwa. Zaczęli tworzyć jej „duchowe kopie” w Europie. Nie obyło się bez trudności, nie najmniejszą z nich było przekonanie ludzi, że można przeżyć tę samą łaskę bez fizycznej obecności w Jerozolimie. Wielu bowiem wiernych uważało, że „prawdziwa” modlitwa jest tylko tam, gdzie Jezus rzeczywiście szedł. Na rodzące się dylematy franciszkanie odpowiadali: „Jeśli nie możesz iść do Jerozolimy, Jerozolima przyjdzie do ciebie” – to zdanie stało się fundamentem rozwoju nabożeństwa.

Średniowieczne kalwarie – pierwsze drogi krzyżowe

W XV i XVI wieku zaczęto budować kalwarie – rozległe kompleksy kaplic symbolizujących kolejne etapy męki. Najsłynniejsze powstały w Hiszpanii, Włoszech, Niemczech i w Polsce. 

Włoski zakonnik, o. Bernardino Caimi po powrocie z Jerozolimy założył pierwszą „Jerozolimę w miniaturze”. To on zapoczątkował tradycję budowania kalwarii, które pozwalały wiernym przeżywać mękę Chrystusa w swojej ojczyźnie.

Mikołaj Zebrzydowski, wojewoda krakowski, w 1600 r. dał początek najstarszej polskiej kalwarii budując kapliczki i wyznaczając trasę „Polskiej Jerozolimy”.

Najważniejszym propagatorem nabożeństwa w jego współczesnej formie był św. Leonard z Porto Maurizio. Założył ponad 500 dróg krzyżowych i ustalił liczbę 14 stacji, która przyjęła się w całym Kościele. Leonard był człowiekiem chorowitym, często cierpiącym, a mimo to nie przestawał. Mówił, że każde założenie nowej drogi było dla niego „jak wbicie kolejnego gwoździa w serce, ale gwoździa miłości”.

Pojawiały się przeszkody, musiał pokonać wiele trudności: brak sił fizycznych, opór niektórych parafii, brak funduszy, a nawet kpiny ze strony duchownych, którzy uważali nabożeństwo za zbyt emocjonalne. A jednak to on sprawił, że droga krzyżowa stała się powszechna.

Duchowe zmagania twórców nabożeństwa

Wiele świadectw mówi o tym, że ci, którzy rozwijali nabożeństwo, przeżywali głębokie wewnętrzne walki. Franciszkanie opowiadali, że prowadzenie pielgrzymów ulicami miasta było niebezpieczne. Byli wyśmiewani, czasem obrzucani kamieniami. Nie zrażali się, szli dalej powtarzając: „Jeśli On przeszedł tę drogę wśród szyderstw, my też możemy”.

Budowniczowie kalwarii często pracowali w trudnych warunkach – na wzgórzach, w lasach, w miejscach odludnych. Niektórzy z nich traktowali to jako formę pokuty. Jeden z nich miał powiedzieć: „Każdy kamień tej drogi jest moją modlitwą”.

Nabożeństwo, które porusza

Droga krzyżowa nie jest dziełem jednej osoby. To owoc wspólnej wiary wielu pokoleń, które pragnęły być blisko Jezusa w Jego Męce. Dzięki nim dziś możemy przeżywać to nabożeństwo w każdym kościele – i w każdym sercu. Jest nie tylko wspomnieniem, ale drogą serca. Powstało z bólu, tęsknoty, odwagi i wiary ludzi, którzy chcieli być blisko Jezusa, którzy szukali sensu w cierpieniu, chcieli dotknąć tajemnicy miłości, pragnęli, by inni mogli przeżyć to samo. Droga krzyżowa to szkoła patrzenia na życie oczami Jezusa, a każda stacja to krok bliżej do prawdy o sobie, która nie przygniata, lecz rodzi pokój płynący z ufności w Boże miłosierdzie.

Felicja Pająk

Akademia Biblijna

Akademia Biblijna – mowa eucharystyczna 

Na wtorkowej Akademii Biblijnej po raz kolejny dowiedziałam się wielu ciekawostek, o których nigdzie wcześniej nie czytałam. Dlatego bardzo zachęcam wszystkich do skorzystania z tych pouczających katechez – zapewniam, że o wielu z poruszanych tam tematów rzadko się słyszy. Spróbuję przelać to wszystko na papier.

Tym razem dotknęliśmy jednego z najistotniejszych tematów Ewangelii. Jest nim Eucharystia.

To sakrament kluczowy dla nas wszystkich, potwierdzenie tego, iż Chrystus jest i będzie z nami zawsze. Mówiliśmy o mowie eucharystycznej Jezusa, która w Ewangelii janowej znajduje się w szóstym rozdziale. Jest to o tyle wyjątkowe, że wszystkie trzy pozostałe Ewangelie zawierają słowa przeistoczenia, natomiast u św. Jana ich nie ma. U Jana opisane są ostatnia wieczerza oraz zdrada Jezusa, brakuje jednak słów samej konsekracji eucharystycznej, czyli przeistoczenia. Dlaczego tak jest – do końca nikt nie wie.

Geneza słów konsekracji

W Niedzielę Palmową co roku czytamy Mękę Pańską, naprzemiennie według Ewangelii Marka, Mateusza i Łukasza. Natomiast w Wielki Piątek zawsze czytamy tę najdłuższą, najbardziej rozbudowaną – Mękę Pańską według św. Jana. Jan ewangelista także w tym opisie nie wprowadza słów konsekracji. Ewangelia ta została spisana stosunkowo późno, około roku setnego. Uważa się, że nie było już konieczności wkładania w usta Jezusa słów konsekracji zaczerpniętych z wcześniejszych relacji ostatniej wieczerzy. Święty Jan, w odróżnieniu od swoich poprzedników, bardzo szeroko tłumaczy czym jest Eucharystia. U Marka, Mateusza i Łukasza słowa przeistoczenia są przytoczone dość skrótowo.

Najstarszy zapis słów przeistoczenia znajdujemy w listach św. Pawła do Koryntian. Są one dla nas niezwykle cenne, ponieważ stanowią najwcześniejsze świadectwo słów samego Jezusa. Jeśli przyjmiemy, że Ewangelia św. Jana powstała około roku setnego, to Pierwszy List do Koryntian, zawierający zapis słów konsekracji, datowany jest na około 55 rok, pół wieku wcześniej. Oznacza to, że został on napisany stosunkowo krótko po wydarzeniach związanych z życiem Jezusa, Jego śmiercią, zmartwychwstaniem i wniebowstąpieniem. 

Jeśli przeanalizujemy słowa konsekracji w najstarszym zapisie św. Pawła, a następnie porównamy je z relacjami synoptyków – Marka, Mateusza i Łukasza – zauważymy jedną istotną kwestię: żadna z tych wersji nie pokrywa się dokładnie, słowo w słowo, z formułą wypowiadaną dziś przez kapłana podczas Eucharystii. Czy więc słowa używane przez księdza podczas mszy są tymi samymi słowami, które wypowiadał Jezus? Czym one właściwie są?

Kluczowe we wszystkich Ewangeliach jest to, o czym już mówiliśmy we wcześniejszych wydaniach „Znaku Krzyża”: każda z nich jest pewnym spojrzeniem na Jezusa i Jego życie. Zapisy, które były przekazywane w pierwotnym Kościele, sięgają świadków – ludzi, którzy widzieli i słyszeli Jezusa. To właśnie z ich relacji korzystali autorzy Ewangelii oraz innych pism, w tym także św. Paweł.

Mamy cztery Ewangelie, ponieważ każda z nich rzuca inne światło na osobę Jezusa. Podobnie jak w przypadku świadków wydarzeń – każdy opowiada to, co zapamiętał, każdy zachowuje w pamięci inny szczegół, inny fragment tego samego wydarzenia. Nie oznacza to sprzeczności, lecz bogactwo perspektyw. Właśnie ta różnorodność przekazu sprawia, że obraz Jezusa jest pełniejszy i głębszy, a Ewangelie wzajemnie się uzupełniają, prowadząc nas do prawdy o Nim.

Gdybyśmy porównali cztery fragmenty dotyczące słów przeistoczenia zawarte w Ewangeliach oraz u św. Pawła, zobaczylibyśmy, że dopiero ich zestawienie daje nam formułę słów konsekracji, które kapłan wypowiada dzisiaj podczas mszy świętej.  Dla przykładu, u św. Marka słyszymy słowa: „Bierzcie, to jest Ciało moje”. Natomiast u św. Pawła, w najstarszym zapisie, znajdujemy formułę bardziej rozbudowaną: „To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę”… Każdy z tych zapisów akcentuje inny aspekt Eucharystii. Dopiero synteza wszystkich wspomnianych przekazów, jakiej dokonuje Kościół, sprawia, iż słowa konsekracji wypowiadane podczas liturgii są wiernym ujęciem całej tradycji apostolskiej. Są one owocem przekazu Kościoła, który zachował sens i istotę słów Jezusa, łącząc różne świadectwa w jedną, spójną formę liturgiczną. Tam, gdzie byli adresaci tych pism, słowa te prawdopodobnie były wypowiadane właśnie w taki sposób, w jaki zostały zapamiętane i przekazane. Dopiero później, gdy nastąpiło uporządkowanie i scentralizowanie przekazu, a Kościół stał się rzeczywiście powszechny, skomponowana została jedna formuła łącząca różne tradycje. 

U św. Jana nie znajdujemy słów konsekracji w opisie ostatniej wieczerzy. Nie oznacza to jednak, że Eucharystia nie jest dla niego najważniejsza – wręcz przeciwnie. Jan pozostawia nam niezwykłe słowa na jej temat w całym szóstym rozdziale swojej Ewangelii. Wszystko to dzieje się jeszcze przed męką Jezusa, zanim nastąpią wydarzenia paschalne. Mowa eucharystyczna następuje bezpośrednio po cudzie rozmnożenia chleba. Bardzo czytelna jest redakcja tego tekstu: rozmnożenie chleba nie jest jedynie cudem mającym nakarmić ludzi, ale zapowiedzią Eucharystii – chleba, który zstępuje z nieba. Wydarzenie to nawiązuje bezpośrednio do historii Izraela. Jezus, dokonując rozmnożenia chleba, jednocześnie odwołuje się do manny na pustyni, która przez czterdzieści lat wędrówki z Egiptu do Ziemi Obiecanej dawała Izraelitom siłę do życia. W tym sensie manna jest kluczowym znakiem Starego Testamentu – zapowiedzią Nowego Testamentu. To, co wydarza się w Starym Testamencie, ma znaczenie o tyle, o ile zapowiada to, co wypełni się w Nowym Testamencie. Jezus mówi: wasi przodkowie jedli mannę na pustyni, a jednak pomarli. Następnie zapowiada inny chleb – „chleb, który Ja wam dam”, który pozwoli żyć i nie umrzeć. Jest to chleb, który zstępuje z nieba. Kto spożywa ten chleb, nie umrze. A tym chlebem jest sam Jezus.

Różnic, które występują w czterech Ewangeliach w odniesieniu do słów o konsekracji, jest wiele. Święty Paweł jedynie o niej pisze, ewangeliści zaś opisują ostatnią wieczerzę. Opisy te jednak różnią się od siebie w przekazie, zwłaszcza jeśli chodzi o moment jej sprawowania, moment, z którym związane są obchody żydowskiej Paschy…

Żydowska Pascha

Żydowska Pascha oznacza „przejście” i odnosi się do biblijnej historii wyjścia Izraelitów z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej. Jest to Pascha, którą Izraelici spożywali jeszcze w Egipcie, w noc, gdy Bóg przechodził przez ziemię egipską i zabijał wszystkich pierworodnych. Wówczas Izraelici wychodzili z Egiptu – z niewoli ku wolności, czyli ku życiu z Bogiem. Pojawia się jednak pytanie: czy ostatnia wieczerza rzeczywiście odbyła się w czasie żydowskiej Paschy? Ewangeliści nie są w tej kwestii zgodni. Święci Marek, Mateusz i Łukasz trzymają się jednej wersji, natomiast św. Jan przedstawia inną chronologię. Obie wersje wpisują się jednak w sens Paschy.

Jak wyglądało samo świętowanie Paschy? Żydzi co roku, na pamiątkę wyjścia z Egiptu, obchodzili Święto Przaśników. Rozpoczynało się ono od rytualnej wieczerzy, sprawowanej na wzór tej, którą spożywali Izraelici w Egipcie. Dlaczego Izraelici jedli chleb niekwaszony? Ponieważ w Egipcie musieli się spieszyć – chleb nie zdążył się zakwasić. Z tego powodu także nasza komunia święta jest chlebem niekwaszonym. Biały opłatek to chleb przygotowany bez zakwasu.

Żydzi rozpoczynali ucztę paschalną wieczorem, ponieważ – jak pamiętamy – w ich tradycji wieczór był początkiem nowego dnia. Po południu następowały przygotowania do Paschy: przygotowywano ucztę, ale przede wszystkim baranki przeznaczone do spożycia. Był to moment, gdy przy ołtarzu w świątyni zabijano setki baranków składanych w ofierze, a następnie spożywanych podczas wieczerzy paschalnej.

Świętowanie Paschy trwało siedem dni, jednak to właśnie pierwszy wieczór był najważniejszy. Według Ewangelii św. Marka, Mateusza i Łukasza ostatnia wieczerza Jezusa odbyła się właśnie w czasie Paschy. Pascha, czyli wyzwolenie Izraelitów z niewoli egipskiej, staje się zapowiedzią wyzwolenia, które przynosi nam Jezus – Ten, który za chwilę umrze i zmartwychwstanie. U św. Jana chronologia wydarzeń jest przesunięta o jeden dzień do przodu. Jezus umiera w czasie, gdy w świątyni zabijano baranki paschalne, czyli przed rozpoczęciem uczty paschalnej. Co to oznacza dla nas? Jezus daje się zabić jak baranek. Umiera na krzyżu dokładnie w tym momencie, w którym – według św. Jana – to On sam staje się Barankiem Bożym. Składa siebie w ofierze z własnej woli, aby oddać życie za cały świat, za wszystkich ludzi. 

Obie wersje przekazu – zarówno ta obecna u trzech ewangelistów synoptycznych, jak i ta przedstawiona przez św. Jana – mają głęboki sens symboliczny. Nie są one sprzeczne, lecz ukazują to samo wydarzenie z różnych perspektyw. Każda z nich podkreśla inną prawdę o Jezusie i Jego zbawczej misji. U synoptyków Jezus spożywa Paschę ze swoimi uczniami, a następnie oddaje życie. U św. Jana Jezus umiera jako Baranek Paschalny w chwili, gdy w świątyni składane są ofiary z baranków. W obu przypadkach sens pozostaje ten sam: Jezus jest prawdziwą Paschą, przejściem ze śmierci do życia, ofiarą złożoną dobrowolnie za zbawienie świata.

Ostatnia wieczerza była znaczącym wydarzeniem i ogłaszała punkt zwrotny w Bożym planie dla świata. Porównując ukrzyżowanie Jezusa do święta Paschy, możemy łatwo dostrzec odkupieńczą naturę śmierci Chrystusa. Jak symbolizuje oryginalna ofiara paschalna w Starym Testamencie, śmierć Chrystusa jest odkupieniem za grzechy ludu; jego krew ratuje od śmierci i zbawia nas od niewolnictwa grzechu. Dzisiaj wieczerza Pańska jest wtedy, gdy wierzący zastanawiają się nad doskonałą ofiarą Chrystusa i wiedzą, że przez naszą wiarę w przyjęcie Go będziemy z Nim na zawsze.

Aleksandra Trubic