Szczęść Boże Ojcze, obecny rok jest dla Ojca rokiem jubileuszowym, minęło 25 lat kapłaństwa – szczerze gratuluję i życzę obfitości łask i mocy Ducha Świętego, by podjęta posługa zaowocowała przysporzeniem chwały Bogu i dobrem w każdym spotkanym człowieku. Proszę powiedzieć, jak zrodziło się Ojca powołanie, dlaczego właśnie redemptoryści.
Przede wszystkim dziękuję za życzenia. A co do tego, skąd się wzięło moje powołanie… Od lat dziecięcych chciałem być księdzem, to bez wątpienia zasługa wspaniałych kapłanów z Halemby – ks. Długajczyka, ale też i księży Klemensa i Bubalika. Ci nasi wikarzy, fantastyczni, oni jakoś mnie ukierunkowali. Zostałem ministrantem i całą szkołę podstawową czy nawet ogólniak to były myśli o kapłaństwie. Później była taka mała przerwa, ale Pan Bóg wrócił ze swoim zaproszeniem, już tak bardzo konkretnie. Myślałem o franciszkanach, myślałem o redemptorystach, ale żywy przykład redemptorystów, których odwiedziłem w klasztorze, tak na mnie wpłynął, tak bardzo mnie dotknął, że wybrałem jednak to zgromadzenie.
To zgromadzenie misyjne, ale przecież nie wszyscy wyjeżdżają poza Polskę. Ojciec znalazł swoje miejsce w Rosji – dlaczego właśnie tam?
No tak, nie wszyscy wyjeżdżają poza ojczyznę, nic na siłę – sam musisz to czuć. Marzyłem o Boliwii, ale zrozumiałem w pewnym momencie, że to nie dla mnie, zdrowotnie nie dam rady pracować tam, w wysokich Andach. Później pojawiła się myśl o Kazachstanie, a potem, jako kleryk, chyba jako jeden z pierwszych redemptorystów, wyjechałem na Ural, czyli już do azjatyckiej części Rosji. Tam byłem przez miesiąc na zaproszenie mojego współbrata i zakochałem się we Wschodzie, w Rosji, w tych ludziach… i tak zostało. Dlatego nie było dla mnie problemem w dniu święceń wyrazić swoje pragnienie, by pojechać tam na misje, na Wschód.
W jakich miejscach Ojciec posługiwał?
Jako neoprezbiter zostałem posłany do Orenburga, to miasto w Rosji, na granicy Europy i Azji. Później wróciłem do Polski na krótki okres dwóch i pół roku. Byłem socjuszem w nowicjacie redemptorystów, a później, przez pół roku zaledwie, duszpasterzem w Głogowie, wikariuszem i katechetą w szkole. Właśnie wtedy wydarzyła się tragedia na Syberii, zginął mój współbrat, o. Dariusz Łysakowski, i na pogrzebie ja właśnie zgłosiłem się na jego miejsce, to był styczeń, i zostałem wysłany na Syberię. To było ponad 20 lat temu. Potem był znowu Orenburg, już jako proboszcz. Później byłem nad Wołgą, w Togliatti, też jako proboszcz. Tam budowałem kościół pod wezwaniem Jana Pawła II – jako pierwszy pod tym wezwaniem w Rosji. Po wybudowaniu tego kościoła zostałem znowu wysłany na Syberię do Kemerowa.
Proszę powiedzieć, jak mieszkańcy Syberii przyjęli Ojca, jak przyjmują Polaków, bo chyba wcześniej już pracowali tam polscy misjonarze…
Mieszkańcy Syberii, nie tylko tutaj, bo i nad Wołgą, i na Uralu, wszędzie przyjmowali mnie z ogromną życzliwością i wielką dobrocią. To dobrzy ludzie, wśród których posługuję, nawet teraz, po powrocie, po urlopie, ludzie byli niesamowicie stęsknieni, nawet sobie tego nie mogłem wyobrazić. Widziałem ich łzy… bardzo to jakoś podnosi człowieka na duchu.
Przed wielu laty miałam okazję spotkać Ojca w szkole na Kłodnicy – pracował Ojciec wówczas na Uralu i, jak pamiętam, gdzieś między wierszami przebijała tęsknota za Syberią – proszę powiedzieć, co takiego jest w Syberii, że ma aż taką moc przyciągania.
Syberia cechuje się, przede wszystkim, surowością. Warunki tutaj są dosyć ekstremalne, dlatego myślę, że takie wyzwanie pomaga poukładać sobie wiele rzeczy w głowie. Ja nie mówię, że było łatwo na Uralu czy tam nad Wołgą, wszędzie są problemy, ale Syberia ma to do siebie, właśnie przez tę wyjątkowość klimatu, że chce się tu być. To dosyć duże wyzwanie, a do tego ogromne połacie ziemi – muszę przemierzać setki kilometrów, by dotrzeć do moich parafian, więc tutaj jakoś w szczególny sposób czuję się misjonarzem, a mam tych wspólnot trzynaście i muszę je odwiedzać regularnie, dlatego też moim domem tak naprawdę jest auto.
Teraz, po tylu latach posługi w tym miejscu, co pozostało z ówczesnego sentymentu? Czy wiąże Ojciec swoją przyszłość z tym miejscem?
Myślę, że nie było jakiegokolwiek sentymentu – człowiek po prostu czuje, że tu posyła go Pan Bóg, rozeznaje to poprzez swoich przełożonych, to jakoś też uspokaja, więc jeśli jest potrzeba, to idę, gdziekolwiek mnie poślą. Chciałbym tu zostać, chciałbym zostać do końca swoich dni, do końca swego życia i tym ludziom tutaj służyć, być tutaj, gdzie czuję się potrzebny. Tych ludzi nie ma wielu, mam ich tu ok. 300, ale warto się dla nich poświęcić, warto im poświęcać swój czas, dzielić się z nimi wiarą, bo to są ludzie piękni duchowo i myślę, że to jest też przyszłość dla Kościoła katolickiego.
Już od roku w naszym parafialnym miesięczniku ukazują się Ojca listy – są dla nas źródłem informacji o mniej niż skromnych warunkach życia, o trudnościach w zaspokajaniu podstawowych potrzeb… Czy może Ojciec powiedzieć coś więcej o codziennym życiu parafian?
Cieszę się, że czytacie te moje listy… Tak à propos, byłem zaskoczony tym, że tak wielu ludzi o tych listach wie, że je czyta i za nie mi dziękowało. I wam dziękuję, za to, że dzielicie się tymi treściami w waszej gazetce. Codzienne życie moich parafian… to jest życie bardzo trudne, to jest taka walka o byt. Często ci moi ludzie mówią: Ojcze, my nie żyjemy, my wyżywamy. Wstają, że tak powiem, i żyją Ewangelią, nie martwią się o jutro, bo muszą się przejmować tylko tym dniem, by dzisiaj coś zjeść, by dzisiaj przeżyć, by dzisiaj w domu mieć ciepło, by nie zamarznąć, by jednak coś przekąsić, by coś zrobić – tak to wygląda w przypadku tych solidnych, porządnych ludzi.
Z listów dowiadujemy się nie tylko o trudach Ojca posługiwania, ale również o tęsknocie ludzi za dobrem, niejednokrotnie tak mocno i bezpośrednio owładniętych złem, słabością, której nie sposób przeciwstawić się własnymi siłami, o determinacji w poszukiwaniu bliskości Boga. Podziwiamy postawy osób zmierzających wiele kilometrów w bardzo trudnych nieraz warunkach pogodowych, by móc uczestniczyć we mszy św., buduje żarliwość tych, którzy tak dosłownie wprowadzają w życie naukę Ewangelii. Domyślam się, że również dla Ojca takie osoby są niejako uśmiechem Pana Boga i pozwalają przetrwać to, co niesłychanie trudne – i o to właśnie chcę zapytać – co w Ojca posługiwaniu jest najtrudniejsze, z czym trzeba się mocować?
Myślę, że oprócz tych warunków, zwłaszcza zimowych na drodze, no bo to do przyjemności nie należy, bez wątpienia trudny jest ten bardzo niski poziom kultury, z którym się spotykam na co dzień, w autobusie, w sklepie, na drodze… jest to zupełnie inny świat. To mnie osobiście jakoś dobija, to ma wpływ na to, jak tutaj się żyje, takie przyzwyczajenie do bylejakości. Co jest dla mnie najtrudniejsze? Patrzeć na te dzieci, one dojrzewają i przychodzi taki moment, że wiele z nich nie podoła, chociaż tak staraliśmy się im pomóc, tyle zainwestowaliśmy, i nie chodzi mi tylko o pieniądze, ale o czas, pomoc. Przychodzi taki czas, że mając te 16 lat, nie są w stanie iść dalej tą drogą, wciąga ich środowisko pijackie, środowisko takie bez nadziei – i przegrywają swoją walkę o życie. To dla mnie osobiście jest najtrudniejsze.
Poznaliśmy problemy mieszkańców syberyjskich wiosek, wśród których Ojciec posługuje; bieda, której nie sposób sobie wyobrazić, alkoholizm, brak perspektyw – jak radzą sobie dzieci, jakie możliwości daje przynależność do parafii, czy jest jakąś szansą na zmianę?
Próbujemy tym dzieciom dać jakąś szansę, przede wszystkim dbamy o ich aktualne potrzeby, żeby nie chodziły głodne, aby były ciepło ubrane – dzięki wam się to udaje – więc to przynajmniej tyle zmienia. A to, by ich stamtąd wydostać, by mogły wyjechać gdzieś studiować, to już jest niesamowicie trudne, i nie chodzi tutaj tylko o pieniądze czy jakieś stypendia, bo to można by jakoś stworzyć. Chodzi o coś innego, przede wszystkim o poziom nauczania, on jest bardzo niski na tych wioskach, więc z takimi wiadomościami to rzeczywiście będzie bardzo trudno się gdziekolwiek dostać i podołać nauce. Tak chciałoby się je stamtąd wywieźć, ale znowu, póki są nieletni, nie da się tego zrobić, a jak powiedziałem nieco wcześniej, mając tych 15, 16 lat, wchodząc w dorosłość, bardzo często przegrywają swoje życie właśnie z alkoholem. Poprzez taki tragiczny przykład ich rodziców czy nawet dziadków te dzieci mają pod górę.
Widzieliśmy zdjęcie kilkorga młodych przygotowujących się do bierzmowania, dobrze ubrani, pogodne twarze – to fotografia, a rzeczywistość?
No tak, to dzięki wam te dzieci chodzą inaczej ubrane, dzięki setkom kilogramów ubrań, które otrzymałem z Polski, to na pewno była ponad tona, więc te dzieci, tę młodzież ubraliśmy, ubraliście. Dlatego one wyglądają dosyć przyzwoicie. Pogodne twarze – to są normalne dzieci, normalni ludzie, biedni, którzy nieco mniej widzieli w życiu niż my, ale to nie znaczy, że czują jakoś inaczej – może mają inne marzenia, może nawet tych marzeń nie mają, ale są pogodnymi, też lubią się śmiać, też lubią rozmawiać, lubią mieć przyjaciół, więc aż tak bardzo się od nas nie różnią. Rzeczywistość jest taka, jaką ją wam opisuję – bardzo trudna, zwłaszcza na tych małych wioskach, im mniejsza wioska, tym trudniej. Stamtąd też trudno jest się wydostać i trzeba mieć niesamowite szczęście, żeby to się zmieniło. Ja, przynajmniej na razie, takich przykładów nie mam.
Pracuje Ojciec w innym kręgu kulturowym – proszę powiedzieć, jakie są zwyczaje, tradycje, wierzenia, jaka jest duchowość – czy bardzo odbiega od tego, czym my, tutaj w Polsce, żyjemy? Co z tego im pomaga, a co stanowi przeszkodę w przyjęciu Ewangelii?
My się różnimy, i to tak bardzo! Trudnością bez wątpienia jest kwestia zupełnie innej kultury. Z kulturą, tak naprawdę, to tutaj jest na bakier – nie jest dobrze, zwłaszcza na wioskach, w małych miasteczkach, a nawet i w tych miastach syberyjskich – poziom kultury jest taki sobie, powiem tak delikatnie. Na pewno kwestia alkoholizmu – to, że ludzie nie mają pracy, nie mają perspektyw, albo nawet mają tę pracę, ale bardzo słabe zarobki, powoduje, że chętnie sięgają do kieliszka. Wypić to jest tutaj coś takiego normalnego – nie widzą w tym nic złego. Dla wielu czymś złym jest właśnie nie wypić. Dlatego to na pewno jest problem – za dużo jest tego wszystkiego. Pamiętajmy też o tym, że Rosja to kraj przede wszystkim prawosławny. Szczerze powiem, że to prawosławie jest na takim przeciętnym poziomie. Jeśli chodzi o katechezę, o świadomość tych ludzi, to ona jest bardzo słaba – ogranicza się do postawienia świeczki w kościele prawosławnym, ludzie bardzo często nawet nie znają modlitw. Ja mówię ogólnie o Rosjanach, nie mówię o moich parafianach. To wszystko się bardzo często ogranicza do jakiegoś takiego powierzchownego wierzenia – krzyżyk, wejść do kościółka na 10 minut – no i tyle, cała moja wiara, ale za tym bardzo często nie stoi życie – to tak uogólniam. Są też ludzie bardzo wierzący, również wśród prawosławnych, są bardzo oddani. To też się udziela moim parafianom, którzy tak jak ci niektórzy prawosławni bardzo poważnie potrafią potraktować np. post czy modlitwę, którzy mają w sobie dużo cierpliwości, takiej wytrwałości, takiego hartu ducha. Tego, myślę, tutaj na Zachodzie nam brakuje – takiej wytrwałości, takiej gotowości do poświęceń. Ci ludzie tutaj są zahartowani, żyjąc w ciężkich warunkach, to im pomaga. Tak jest w wielu przypadkach, jednak ogólnie wygląda to nie najlepiej.
Wywiad ukazuje się w świątecznym numerze Znaku Krzyża, w Boże Narodzenie – dla nas jest to czas radości, śpiewania kolęd, rodzinnych spotkań, podarunków spełniających marzenia dzieci – jak jest na Syberii? Jak obchodzą święta mieszkający tam chrześcijanie? Czy wśród pozostałej ludności niechrześcijańskiej istnieją tradycje związane z tym świątecznym czasem? O czym marzą dzieci – przecież nie mają nic…
Jak już powiedziałem, Rosja to kraj prawosławny, dlatego święta Bożego Narodzenia obchodzone są tutaj 7 stycznia wg kalendarza juliańskiego – 6 będą mieć wigilię. Jednak to jest zupełnie inny poziom świętowania. Tu bardziej się skupili na Nowym Roku, to bez wątpienia jest też efekt myślę tego, że Rosja odeszła od chrześcijaństwa ponad 100 lat temu, po tej rewolucji – to swoje zrobiło. Dlatego takie święta jak Nowy Rok, jak 8 marca czy 9 maja to są święta państwowe, bardzo uroczyste, i daleko Bożemu Narodzeniu, daleko Wielkanocy do tych dni. Niestety, taka jest prawda o dzisiejszej Rosji. Nie mogę porównać tutejszych świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy do świąt w Polsce – to zupełnie inny poziom. Moi parafianie tym bardziej mają pod górkę, bo Boże Narodzenie tutaj jest dniem pracy, dniem powszednim – 7 stycznia ludzie mają wolne. W Boże Narodzenie nasi ludzie muszą iść do pracy, więc tych świąt się jakoś nie czuje – całe świętowanie ogranicza się do mszy – kiedy przyjadę do nich, kiedy po mszy będę się dzielił z nimi opłatkiem. Czegoś takiego jak wigilia niestety nie ma, co wynika zapewne z tego, że albo są w pracy, albo też nie mają ku temu możliwości. Całe świętowanie – kościół, Eucharystia, później nasze wspólne spotkanie przy stole, kolędowanie, jakieś podarki z naszej strony – do tego to się sprowadza. Więc moim parafianom pozostaje to bardziej duchowe niż zewnętrzne przeżywanie świąt… To, co mówiłem wcześniej, to są pewne uogólnienia dotyczące kościoła prawosławnego.
Nie ucieknę też od pytania o obecną sytuację związaną z wojną – czy coś w Ojca posługiwaniu zmieniło się w związku z tym? Jak się Ojciec odnalazł? Jak reagują Ojca parafianie? Co sądzą o Polsce i Polakach?
Czy coś się zmieniło? Powiem tak, 23 lata tutaj jestem i jak do tej pory złego słowa o Polakach nie usłyszałem. Dużo serdeczności, po powrocie przekazałem im wasze pozdrowienia – bardzo się tym ucieszyli – też was pozdrawiają. A reagować, no jak mogą? Jeśli ktoś ma w ogóle dostęp do wiadomości, to ma dostęp jednostronny, więc bardzo ograniczony, powiedziałbym, propagandowy. Myślę jednak, że większość moich parafian zachowuje zdrowy rozsądek i korzysta z daru, który dał nam Pan Bóg, czyli z głowy, potrafi sobie pewne rzeczy dopowiedzieć, potrafi myśleć. Też ich tego uczę, żeby korzystali z tej wielkiej łaski, jaką jest rozum i światło Ducha Świętego. Więc na mnie się to na razie nie odbiło i my tutaj wszyscy modlimy się o pokój. Tej życzliwości w ludziach, którym posługuję, jest bardzo wiele. Jest też bardzo wiele łez, wiele widziałem cierpień związanych z tym wszystkim, co się dzieje. Od lutego ci ludzie przeżywają, bo przecież tam, po drugiej stronie, mają niekiedy rodziców, mają siostry, mają braci, mają tam jakąś część rodziny.
Trzeba było wracać, mimo trwającej wojny – czekała młoda kobieta pragnąca chrztu, czekali parafianie… Jakie obawy związane z powrotem towarzyszyły Ojcu?
Najbardziej obawiałem się przekroczenia granicy, czy zostanę wpuszczony, czy nie będę miał jakichś komplikacji – nie było żadnych. Zostałem życzliwie przyjęty, wszystko przeszło spokojnie na granicy, a już tutaj, gdy spotkałem się z parafianami, było bardzo wiele radości, było wiele wzruszeń, co było dla mnie niesamowicie budujące.
Dziękuję za rozmowę i chcę wam życzyć, kochani moi, bardzo pięknych, pogodnych, Bożych świąt, niech Jezus przychodzi do waszych domów, do waszych serc, do waszych rodzin – niech to będzie istotą naszego świętowania, by Jezus pojawił się w naszym życiu jeszcze bardziej, tak na żywo! Wszystkiego dobrego, z Panem Bogiem!
Serdecznie dziękuję! W imieniu czytelników życzę, by przychodzący Pan obdarzył pokojem, tym na głębinach, Ojca i wszystkich parafian, by wbrew temu, co na zewnątrz, zachowali w sercach tę Miłość, która wszystko pokona!
Z o. Arturem Wilczkiem
rozmawiała Felicja Pająk