Wrota Amazonii, czyli Baños de Santa Agua
Poza wyspami Galapagos, które już z samej nazwy często od razu kojarzone są z gigantycznymi żółwiami, jednym z częściej odwiedzanych turystycznie zakątków niewielkiego Ekwadoru jest Baños, a raczej Baños de Santa Agua. Miasteczko to leży w centralnej części państwa i nazywane jest, co też przed chwilą wyczytałam w Internecie, bramą do Amazonii. Przed wyjazdem z Polski postanowiłam, że tym razem już w rejony oriente, tej właśnie ekwadorskiej dżungli, pojadę. No cóż, nie wyszło. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Może do Amazonii nie wjechałam, ale bramę do jej czeluści widziałam, i bardzo mi się spodobała. W tym wydaniu „Znaku Krzyża” opowiem wam o tym niezwykle interesującym, wielowymiarowym miasteczku, jakim jest Baños, o lokalnych atrakcjach, świętej patronce, ale też o… cenach, bo te przecież zawsze budzą emocje.
O podziale geograficznym Ekwadoru już we wcześniejszych wydaniach gazetki pisałam, więc przypomnę tylko, że dzieli się na trzy części: costa (wybrzeże), sierra (góry Andy) i oriente (Amazonia). Nasz dzisiejszy bohater, Baños de Santa Agua, znajduje się na zewnętrznych zboczach wschodniego pasma górskiego Andów, na zboczach wulkanu Tungurahua (dosyć aktywnego), na wysokości 1820 m n.p.m. Temperatura na miejscu waha się od 15 do 25 stopni Celsjusza.
Ja Baños odwiedziłam w drodze ze stolicy, z Quito, na wybrzeże. Mając zaledwie jeden dzień, zdecydowaliśmy, że warto wybrać się w to sławetne miasto. Bilety kosztowały po 5 dolarów sztuka i kupiliśmy je na dworcu od ręki, zaś sam przewóz był komfortowy i szybki (o transporcie pisałam w grudniowym wydaniu). Kilka flot autobusowych do Baños kursuje parę razy dziennie, lepiej jednak, jak jest okazja, zapytać wcześniej na dworcu o godziny odjazdów. My mieliśmy szczęście, na wyjazd autobusu czekaliśmy niecałe 30 min.
Kierowca wyjeżdżający z Quito w stronę Baños, literalnie mówiąc, ma z górki. Wraz z pokonywaniem kolejnych kilometrów wysokość nad poziomem morza się zmniejsza, zmianie ulega też krajobraz. Najpierw obserwujemy więc roślinność mniej bujną, powściągliwą, więcej choin i krzewów otaczających lokalne wioski, gdzieś w dali przez chmury prześwituje masyw wulkanu Cotopaxi. Im bliżej Baños, tym też przyroda nabiera rozpędu. Po 4 godzinach jazdy wysiadamy na małym dworcu autobusowym, w kotlinie, pośród wysokich gór, ścian, które praktycznie stykają się z tym wyjątkowym miasteczkiem.
Baños samo w sobie nie jest duże. Moglibyśmy powiedzieć: idealnie sanatoryjne. To miasteczko spokojne, na tyle obszerne, by udać się na niekrótkie spacery, a zarazem na tyle małe, by wszędzie dojść na piechotę. Poza tym są jeszcze lecznicze dobra natury w postaci wód termalnych. Takie plusy płynące ze strony wulkanicznego sąsiada. Chętni całe dni mogą spędzać na małych kąpieliskach, położonych w różnych częściach miasteczka, tzw. balnearios. Wejściówka kosztuje jakieś 4 dolary.
Baños de Santa Agua przydomków ma wiele – El Pedacito de Cielo (kawałeczek nieba), La Puerta de El Dorado (brama do El Dorado) czy Ciudad del Volcán (miasto wulkaniczne). Nie przez przypadek nazywane jest też „ekwadorską stolicą adrenaliny”.
Kajakarstwo; skoki na bungee; rafting, czyli spływ rzeką w ekstremalnych warunkach; spadochroniarstwo; canyoning, tj. wspinaczka praktykowana w kanionach rzek lub wąwozach; do tego mnóstwo przeróżnych możliwości przejazdu tyrolką i to w takich miejscach, do których z lękiem wysokości lepiej nie podchodzić – to wszystko kusi turystów z całego świata i ci turyści przyjeżdżają. Liczba atrakcji jest powalająca, a do każdej z nich jedzie się pośród gór, przy akompaniamencie rzecznych nurtów. Można wynająć rower w bardzo dobrej cenie, bo już za 5 dolarów, można jechać autobusem miejskim, a można też zdecydować się na przejazd transportem nazywanym chiva, czyli otwartym, kolorowym autobusikiem. Liczne agencje turystyczne zapraszają do udziału w trasie np. szlakiem wodospadów, których w przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów od Baños jest ogrom, można też zdecydować się na przejazd zahaczający o punkty widokowe okalające miasto, czy wybrać wyłącznie sporty ekstremalne. Możliwości jest naprawdę sporo i co fajne, taki przejazd kosztuje do 5 dolarów. Już sam przejazd chivą jest niemałą atrakcją. My pierwszy z przejazdów zakończyliśmy przy La casa del arbol, czyli domku na drzewie. Na terenie małego parku kwietnego znajdują się huśtawki zwane „huśtawkami z końca świata”. Tam huśtanie przechodzi na wyższy poziom, a widoki rozciągające się w trakcie zabawy są niezapomniane.
Było o profanum, teraz przejdę do sacrum. Przechadzając się po Baños, przytulnych uliczkach miasteczka, bogatych w piękne murale, pomniki, ławeczki, liczne kafejki, restauracje, sklepiki z pamiątkami, szybko trafiamy na plac, przy którym w latach 40. ubiegłego wieku ukończono sanktuarium maryjne ku czci Virgen del Rosario de Agua Santa. To jedno z najważniejszych miejsc kultu Matki Bożej w Ekwadorze. Odwiedzane jest też chętnie przez pielgrzymów z zagranicy. Papież Pius XII Virgen de Baños de Santa Agua w 1957 roku nazwał główną patronką misji prowadzonych w ekwadorskiej Amazonii. Jej święto obchodzone jest 7 października, w święto Matki Bożej Różańcowej.
Początki kultu maryjnego w tym miejscu sięgają XVI w. W tym czasie w Baños istniał ośrodek dla misjonarzy, którzy z oriente wrócili lub mieli się tam udać. Na początku wzniesiono małą kaplicę, w której czczono figurę Maryi Panny z Monserrat. Jak podają źródła, pewnej nocy kościelny zobaczył figurę Matki Bożej, która unosiła się w powietrzu wśród aniołów, zniżając się do stóp źródła tryskającego ze wzgórza. Sytuacja kilka razy się powtórzyła, dlatego proboszcz i miejscowi zgromadzili się w kaplicy, by prosić Matkę Bożą o wytłumaczenie tego, co widziano. Następnej nocy virgencita objawiła się proboszczowi, prosząc o wzniesienie kaplicy obok źródła i obiecując uzdrowienie chorym, którzy z wiarą będą się kąpać w tych wodach. Proboszcz spełnił tę prośbę, jednak kiedy chciano przenieść figurę Maryi, okazało się, że zniknęła. Ciąg dalszy historii głosi, że pewnego dnia na rynku, na którym zbudowano świątynię, pojawił się muł niosący spore pudło. Nikt nie wiedział, skąd zwierzę pochodzi, więc postanowiono schować skrzynię i czekać na jej właściciela. Takowy się jednak nie zgłosił, więc ostatecznie ją otwarto. Oczom zebranych ukazała się figura, która do dzisiaj czczona jest w Baños.
Figura jest drewniana, poza maską na twarzy, wykonaną z ołowiu. Mierzy metr i trzydzieści cztery centymetry. Lewą ręką Matka Boża trzyma swego Syna, prawą ręką trzyma berło, a w obu rękach różaniec. Samo sanktuarium wzniesione jest w stylu półgotyckim. W jego wnętrzu można zobaczyć liczne obrazy ilustrujące historię kościoła i najbardziej znane cuda dokonane przez Najświętszą Panienkę. Przyznam, że obrazy te robią wrażenie. Są olbrzymie. Pod każdym z nich jest opis historii, którą dzieło przedstawia.
Baños polecam każdemu, kto się do Ekwadoru wybiera. Sama z pewnością tam jeszcze zajrzę. Tych, co mogliby martwić się o kwestie językowe, uspokajam – z językiem angielskim dogadać się można tam wszędzie. Właściciel hostelu rozbroił mnie poziomem, jaki prezentował i przyznam, że nigdzie w Ekwadorze (i nie tylko) nie słyszałam, by ktoś tak dobrze mówił po angielsku! Liczba zagranicznych turystów wymusza standardy i choć może w lokalnych comedorach przyjezdnych nie widać, to rzucają się w oczy na mieście. Ceny za noclegi są dobre, jak na prezentowane standardy, powiedziałabym nawet, że za niskie. Jedzenie tanie i drogie, zależy kto co lubi. Mnie obiad za niecałe 3 dolary pasował w sam raz. Zupa i drugie danie. No ale dla mnie w ogóle jeść za więcej niż 5 dolarów w Ekwadorze to już tylko okazja specjalna.
Pozdrawiam, tym razem już z zimnej Polski!
Dominika