Styczeń 2026 1(155)

W numerze:

  • Wydarzenia parafialne
  • Od redakcji
  • Słowo księdza proboszcza. Podsumowanie roku 2025
  • Uczynki miłosierdzia względem duszy – strapionych pocieszać
  • Psałterz Najświętszej Maryi Panny (część I)
  • Alpejskie opactwo
  • Święty Bartłomiej
  • Z życia Kościoła – 
subiektywny wybór
  • Niedobór organistów? O posłudze w kilku kościołach jednocześnie
  • Młodzi młodym. Tradycja szopek
  • Rozmowy. Hurra! Kłodnickie organy uratowane!
  • Kolorowa wkładka z ilustracjami tekstów
  • Nowy rok czas zacząć…
  • Tortury św. Agaty
  • Akademia Biblijna – czy Jezus pił wino?
  • Dzieci dzieciom. Kolędnicy Misyjni
  • Statystyka
  • Zmęczenie!
  • Magiczny grudzień…
  • Wierzyć z dziećmi
  • Fotokronika parafialna.
  • Ostatnia strona. Wystawa ikon. Wigilia OAZY
Podsumowanie roku 2025

Zwykle podczas mszy św. w Stary Rok mówię większe sprawozdanie z naszych działań w minionym roku. Tak było i 31 grudnia ubiegłego roku. Przede wszystkim jednak chciałbym podziękować wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do organizacji życia religijnego w naszej parafii. To jest główne zadanie parafii i Kościoła: umożliwić wiernym być bliżej Pana Boga. Wszystkie działania wprost duszpasterskie, zwłaszcza prowadzone przez nasze grupy parafialne, ale również działania integracyjne temu właśnie służą. Różnego rodzaju akcje integracyjne, jak festyn parafialny, odpust parafialny, wydarzenie związane ze św. Marcinem, kakao i grzaniec po pasterce, pielgrzymki i wyjazdy, wspólne grabienie liści i inne są właściwie działaniami duszpasterskimi. Bo przecież gdzie miłość i życzliwość, tam właśnie rodzi się Bóg. Konkretny obraz życia parafialnego podany jest w tak zwanej statystyce. Są to tylko liczby, ale i one mają swoje znaczenie. A czasami w inny sposób nie jesteśmy w stanie opowiedzieć życia wiary. Za to wszystko, a przede wszystkim za Was, drodzy parafianie, którzy chcecie w tym życiu parafialnym uczestniczyć, składamy wielkie podziękowania Panu Bogu. 

To co nas jako duszpasterzy szczególnie cieszy, to wizyty duszpasterskie, tak zwana kolęda, u nowych naszych parafian. Stale się rozrastamy. Ale co ważne, zdecydowana większość nowoprzybyłych do naszej Kłodnicy wpuszcza kolędę. Na nowych osiedlach deweloperskich wskaźnik wpuszczeń kolędowych w tym roku wyniósł około 75%. To niezwykle wysoko jak na obecne czasy. Ale to też pokazuje, że nasi nowi parafianie chcą uczestniczyć w życiu naszego lokalnego Kościoła. Życie parafii polega na tym, aby nikt nie czuł się tu obcym. I to jest wielkie wyzwanie nie tylko dla nas duszpasterzy, ale dla wszystkich naszych parafian. 

W statystyce za rok 2025 może pozytywnie zaskakiwać wysoka liczba chrztów, a także ślubów. Liczba tych sakramentów w wielu parafiach niestety się kurczy. Chrzty z powodu mniejszej dzietności, śluby ze względu na większą niechęć do ich zawierania przez młode osoby. My więc mamy prawo się cieszyć ze zdecydowanego wzrostu zwłaszcza liczby ślubów. To oczywiście nie wszystko nasi parafianie. Parę ślubów mieliśmy z parafii Bożego Narodzenia w Halembie z powodu generalnego remontu kościoła, który przez długi czas pozostawał zamknięty. Czynna była tylko kaplica. Ale to i tak pozostałe śluby rzeczywiście naszych parafian tworzą całkiem pokaźną liczbę.

Teraz kwestia naszych finansów. Przede wszystkim chcę napisać, że są one w bardzo dobrym stanie, za co wszystkim ofiarodawcom z serca dziękuję. To pozwala na spokojne funkcjonowanie parafii, działania pomocowe dla konkretnych osób oraz szeroką działalność duszpasterską, a także na prowadzenie remontów i nowych inwestycji w naszej parafii. Na cele duszpasterskie i integracyjne wydaliśmy w ubiegłym roku 75 000 złotych. W tym zakresie mieszczą się między innymi wszelkie dofinansowania działalności grup parafialnych, również wakacyjnych rekolekcji, organizowanie akcji, festynów, nagrody na msze św. szkolne, roratnie, wszystko związane z organizacją I Komunii św. i bierzmowania oraz wiele innych. I to są najlepiej wydane pieniądze. Kolejne 45 000 złotych zostało przekazane na różne cele pomocowe. I jeszcze pokaźna suma 273 000 złotych przeznaczona na bieżące utrzymanie parafii. W tej kwocie mieszczą się między innymi podatki, ubezpieczenia, przeglądy, media, ogrzewanie, dekoracje kościoła, śmieci z posesji kościelnej i cmentarza, monitoring, wypłaty pracowników, kuchnia na probostwie. 

Ważne są również sprawy gospodarcze, chociaż są one jednak drugorzędne. Niemniej bez budynku kościoła nie będziemy mieli gdzie się modlić, bez domu parafialnego nie będziemy mieli miejsca spotkań, a bez cmentarza nie będziemy mieli miejsca, gdzie pochowamy naszych bliskich. Na remonty i inwestycje wydaliśmy największą kwotę: 347 800 złotych. Przede wszystkim zakończyliśmy remont organów. Całość podjętych prac przy naszym głównym kościelnym instrumencie trwała dwa lata i kosztowała w sumie 250 000 złotych. Remont spłacaliśmy na bieżąco. W ubiegłym roku na ten cel wydaliśmy 111 720 złotych. Dzięki Bogu i szczodrości parafian odkładaną przez lata pracę mamy zakończoną i to ze świetnym efektem. Ale przy tak dużej prowadzonej realizacji wykonaliśmy całkiem sporo mniejszych prac. Przede wszystkim został pomalowany wewnątrz kościół. Myślę, że dobór kolorystyki wszystkim odpowiada. Nasz kościół nie jest przeładowany dekoracjami i bardzo dobrze służy modlitwie. A taki jest cel budynku kościelnego. Malowanie kosztowało 73 900 złotych. Na remont długo czekała też nasza zakrystia, zarówno pod względem budowlanym, jak i nowej stolarskiej zabudowy. Wszystkie elementy zabudowy zostały wykonane z prawdziwego drewna, więc można oczekiwać, że będą nam służyć przez lata. Całość prac przy zakrystii wyniosła 44 000 złotych. Nowy konfesjonał także wpisał się dobrze w nasze kościelne wnętrze. Jest wygodny i dźwiękoszczelny. Dobrze wypełnia nowe wskazania co do poczucia bezpieczeństwa penitentów. Koszt konfesjonału to 31 000 złotych. Mamy też nowe nagłośnienie, wewnątrz i na zewnątrz kościoła oraz bezprzewodowe. Słychać nas chyba w okolicznych parafiach. Nagłośnienie kosztowało nas 28 300 złotych. Również na probostwie wykonaliśmy prace remontowe i pomalowaliśmy całość. To z kolei kosztowało nas 14 000 złotych. W kościele hitem okazała się nowa tapicerka na ławkach. Nie miałem pojęcia, że to jest tak oczekiwana realizacja, której koszt wyniósł 9 900 złotych. Na cmentarzu odnowiliśmy nagrobek naszego pierwszego proboszcza ks. Henryka Mazurka. Został także trochę podniesiony, a w ziemi przygotowaliśmy grobowce. To koszt 11 000 złotych. Pomalowaliśmy i zabezpieczyliśmy, przy udziale osób z Centrum Usług Społecznych naszego miasta, ogrodzenie cmentarza, przy ich pomocy kosztowało nas to tylko 5 800 złotych. 

Pragnę bardzo podziękować wszystkim, którzy dołożyli nawet złotówkę do wykonania wymienionych prac. To wszystko dzięki Wam i dla Was. Jesteście cudowni!

 

ks. proboszcz Leszek Makówka

Hurra! Kłodnickie organy uratowane

O historii naszych parafialnych organów w „Znaku Krzyża” już było. Postanowiłam więc, że tym razem porozmawiam z księdzem proboszczem o wielkim sukcesie 2025 roku, tj. szczęśliwym zakończeniu remontu kłodnickiego instrumentu. Nie obyło się bez niespodzianek i trudności…

 

Anna Mrzyczek-Szczęsny: Księże proboszczu, ze spotkania z prof. Julianem Gembalskim wiem, że bardzo się ucieszył, gdy dotarła do niego informacja, że zostanie ksiądz proboszczem parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Kłodnicy.

  1. Leszek Makówka: Tak, pamiętam jak dziś. Wpadł do muzeum i krzyknął: „Hurra, ksiądz Makówka został proboszczem w Kłodnicy. Kłodnickie organy uratowane”.

Nasze organy są zabytkiem oficjalnie wpisanym do Rejestru Zabytków Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach. Z reakcji pana profesora wnioskuję, że ich remont był niezbędny, ale nikt wcześniej się go nie podjął.

Z tego, co wiem, poprzedni proboszczowie podchodzili do tego tematu. Nie wiem, co było przyczyną, że nie przeprowadzono go wcześniej – zakres, koszty? Był nawet pomysł, aby zastąpić je instrumentem elektronicznym. Zamienić wnętrze organów. Jednak ani ta koncepcja, ani żadna inna nie została zrealizowana.

Remont organów nie był jednak pierwszą inwestycją nowego proboszcza. Kiedy przedsięwzięcie ruszyło i co było ostatecznym triggerem?

Hm, z zamysłem chodziłem od pamiętnego spotkania w muzeum z prof. Gembalskim. No, ale życie… W końcu pod koniec 2023 roku odwiedził mnie pewien parafianin i zaproponował, żeby postarać się o dotację na remont organów z Funduszu Kościelnego, którym dysponuje Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji. I się zaczęło. Złożyliśmy wniosek. Jednocześnie wystąpiłem o pozwolenie na remont do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach. 

Machina urzędnicza ruszyła.

Tak. Patrząc z perspektywy czasu dobrze, że zwróciłem się o pozwolenie na okres dwóch lat, do końca 2025 roku. Standardowo takie pozwolenie jest na rok.

Ha! Przechodzimy do samej realizacji przedsięwzięcia. Z tego, co słyszałam, działo się! Roczne pozwolenie na pewno by nie wystarczyło – zgadza się?

Bez szans! Zacznijmy od tego, że remont organów składa się z dwóch części. Część pierwsza to remont samego instrumentu – piszczałek itp. Druga część dotyczy prospektu organowego, czyli szafy. Nim cokolwiek zaczęło się dziać, konieczne było dokonanie tzw. odkrywki. To faktycznie było odkrycie…! Okazało się, że szafę „przeżarły” korniki. Sam instrument był w dużo gorszym stanie niż początkowo zakładaliśmy. Niektóre elementy, dosłownie, kruszyły się w dłoni. Niespodzianki, niespodzianki, a w efekcie konieczna była aktualizacja zakresu prac, który okazał się znacznie większy niż pierwotnie założony, a to wymagało ponownych ustaleń z konserwatorem zabytków. W efekcie prace ruszyły wiosną 2024 r.

Odkrywka to nie koniec niespodzianek?

Oj, nie!

Nim przejdziemy do konkretów i niespodzianek, proszę powiedzieć, kto zajmował się remontem, bo chyba nie była to tylko jedna osoba?

Ha, naszymi organami zajmowało się więcej osób niż zwykle, bo w trakcie pojawiły się komplikacje i sprawy ostateczne… Prace nad instrumentem prowadził organmistrz Dominik Kabot. Nad szafą pracował artysta plastyk konserwator Mirosław Wszołek. Nad całością czuwał prof. Julian Gembalski, który skrupulatnie i dokładnie pilnował prac na każdym etapie remontu. Dodam tylko, że przeprowadził 17 kontroli i z każdej sporządził szczegółowe sprawozdanie. 

Prace trwały ponad rok, to chyba dość długo?

Prace trwały długo, bo pojawiły się zdarzenia losowe, które wymusiły nieprzewidziane przerwy. Najpierw pan Dominik dostał zawału. Wymagał długoterminowej rehabilitacji, więc była przerwa. Później pan profesor zachorował na sepsę i znowu była przerwa. Kiedy prace miały się ku końcowi, zmarł pan Mirek, czyli konserwator odpowiedzialny za szafę. W trakcie remontu zmarła jeszcze księgowa pana Dominika. No i jeszcze, jakby nieszczęść było mało, pracownia pana Dominka została zalana, co też miało wpływ na termin zakończenia prac.

Och, aż trudno uwierzyć w zbieg tylu nieszczęść przy remoncie jednych organów. Nie miał ksiądz zwyczajnie dość?

W krytycznym momencie sam chciałem dokończyć remont i samodzielnie poskładać te organy. Jednak efektem by były saksofony, a nie organy. Na szczęście po śmierci pana Mirka Wszołka szafę dokończyła pani Anna Słota.

Tym bardziej wielki to sukces, że organy, a nie saksofony, znowu stoją i grają na chórze naszego kościoła.

Tak, ale wystawę zbutwiałych elementów planuję i ją zorganizuję, jeszcze tylko nie wiem kiedy.

Było niewiarygodnie dramatycznie, ale może chociaż od strony finansowej powiało optymizmem. Na początku wspomniał ksiądz o dotacji.

Nic bardziej mylnego. Dotacji nie otrzymaliśmy, bo… trafiliśmy na czas zmian. Ale w sytuacjach kryzysowych zawsze mogę liczyć na wspaniałych kłodnickich parafian. W tym miejscu czas jeszcze raz podziękować naszym hojnym parafianom. Dzięki waszej szczodrości bez dotacji i terminowo pokryliśmy koszty remontu organów, a nie były one małe.

Przypomnijmy, całość kosztowała…

250 tysięcy złotych. 

Ostateczny „urzędowy” odbiór już się odbył?

Ostatecznie 5 listopada 2025 roku, choć pierwotnie był zaplanowany na 22 października. Odbioru dokonała pani inspektor Elżbieta Bartodziej ze Śląskiego Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Katowicach. Zwieńczeniem remontowego wysiłku był koncert prof. Gembalskiego – 22 listopada 2025 roku. Pan profesor w pełni zaprezentował możliwości naszych organów.

Koncert pana profesora to nie ostatni koncert, jaki zostanie wykonany na naszych wyremontowanych organach.

Oj, nie! Przecież 11 stycznia odbył się kolejny. Mieliśmy okazję wysłuchać kolęd
i pastorałek w wykonaniu artystów – mezzopranistki Victorii Lerche-Kurpas, flecistki Anny Dawidów i Łukasza Kurpasa, który zasiadł do organów. Planowane są kolejne koncerty, o których z pewnością będziemy w odpowiednim czasie informować.

Myślę, że śmiało mogę w imieniu wszystkich parafian serdecznie podziękować księdzu za determinację i wytrwałość, dzięki którym kłodnickie organy zostały uratowane. Dziękuję również, że podzielił się ksiądz z nami zakulisowymi wydarzeniami i poświęcił czas.

Z proboszczem ks. Leszkiem Makówką rozmawiała Anna Mrzyczek-Szczęsny.

Akademia Biblijna – czy Jezus pił wino?

Na ostatniej Akademii Biblijnej poruszono bardzo ciekawy temat dotyczący wina i wszystkiego, co się z nim wiązało w czasach Jezusa. Wino w Ewangelii jest potężnym symbolem przemiany, zbawienia i radości – przenika całą misję Jezusa, od początku Jego publicznej działalności w Kanie Galilejskiej aż po ustanowienie Eucharystii. Spróbuję to przedstawić i streścić, bo temat jest naprawdę ciekawy. 

Wokół tego, co Jezus przemienił w Kanie Galilejskiej, toczy się wiele dyskusji. Wiadomo, że przemienił wodę w wino, a także że wino było spożywane podczas ostatniej wieczerzy.
U św. Jana motyw wina nie jest jednak przypadkowy – prowadzi nas do szukania jego znaczenia w innych miejscach Biblii. Aby dobrze zrozumieć te słowa i znaki, trzeba znać życie codzienne, kulturę, gospodarkę i szeroki kontekst biblijny. 

Wino to Boże błogosławieństwo

Dlatego trzeba zacząć od Starego Testamentu, gdzie wino i winorośl są znakiem Bożego błogosławieństwa – obfitości, radości i życia pochodzącego od Boga. Już zwiadowcy wysłani do Kanaanu, aby zobaczyć, jaka jest Ziemia Obiecana, przynoszą ze sobą winne grona. Winnice i wino stają się synonimem Bożego błogosławieństwa, a ich brak – znakiem kary i opuszczenia. Motyw wina ma także znaczenie mesjańskie. W Starym Testamencie pojawia się zapowiedź symbolicznej uczty w Królestwie Bożym – uczty obfitej, radosnej, pełnej wina. Ten motyw powraca podczas męki Jezusa i w czasie ostatniej wieczerzy. 

Ciemna strona wina

Jednocześnie Stary Testament pokazuje również ciemną stronę wina – jego nadużywanie
i skutki grzechu. Przykładem jest historia córek Lota, które upiły swojego ojca, aby spłodził
z nimi potomstwo. Innym znanym epizodem jest historia Noego opisana w Księdze Rodzaju (Rdz 9,18–29). Po potopie Noe upił się winem, a jego syn Cham zobaczył nagość ojca. Dwaj pozostali synowie – Sem i Jafet – odwrócili wzrok i zakryli ojca, okazując mu szacunek.
To wydarzenie doprowadziło do przekleństwa Chama i błogosławieństwa jego braci. 

Cztery różne terminy

Widzimy więc, że wino w Biblii nie ma jednego znaczenia. Może być znakiem Bożego błogosławieństwa, radości i życia, ale może też stać się narzędziem upadku, gdy człowiek traci umiar. Dlatego św. Jan, opisując znak w Kanie Galilejskiej, zaprasza czytelnika do głębokiej refleksji i odczytywania tego wydarzenia w świetle całej historii zbawienia. W języku starohebrajskim to, co związane z winem i z tym wszystkim, co pochodzi
z winorośli, określane jest czterema różnymi terminami.
Pierwsze słowo to asis – oznacza świeży, niesfermentowany sok z winogron.
Drugie słowo to tirosz – moszcz lub bardzo młode wino. To określenie bardzo często pojawia się w Biblii i zwykle wiąże się z Bożym błogosławieństwem oraz obfitością.
Kolejne słowo to jajin – wino właściwe, zazwyczaj mieszane z wodą, powszechnie znane
i używane na całym Bliskim Wschodzie. Było ono normalnym elementem codziennego życia.
Czwarte słowo, występujące w Starym Testamencie, to sycera. Oznacza ono mocniejszy napój alkoholowy, przygotowywany m.in. z miodu lub soku z granatu. Był to napój
o największej zawartości alkoholu spośród tych, które wymienia Biblia.

Czy Jezus pił wino? 

To pytanie pojawia się często, ale odpowiedź nie jest prosta, głównie ze względu na różnice językowe. W języku hebrajskim istnieje kilka określeń związanych z winem, natomiast
w języku greckim używa się zasadniczo jednego słowa. Wszystkie problemy interpretacyjne związane z Kaną Galilejską i z tym, co było spożywane podczas ostatniej wieczerzy, skupiają się wokół greckiego słowa oinos. To jedno słowo obejmuje bardzo szerokie znaczenie: może oznaczać sok z winogron, moszcz, lekko sfermentowane wino, a także wino właściwe. W grece wszystkie te rzeczy mieszczą się w jednym terminie. 

Dlatego, trzymając się samego tłumaczenia, nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, czy
w danym fragmencie chodzi o moszcz, czy o wino o większej zawartości alkoholu. Słowo oinos występuje wszędzie i zawsze oznacza „wino” w bardzo szerokim sensie. 

Właśnie dlatego, interpretując scenę Kany Galilejskiej czy ostatniej wieczerzy, nie możemy opierać się wyłącznie na jednym słowie. Trzeba szukać światła w innych fragmentach Biblii, w kontekście kulturowym, religijnym i teologicznym, aby zrozumieć, jakie znaczenie ma to wino w danym miejscu i jaką rolę pełni w całej historii zbawienia. 

Kana Galilejska

Historia cudu w Kanie Galilejskiej nie jest skomplikowana, jeśli uwzględnimy realia wesel
w I wieku w Izraelu. Wesela trwały kilka dni, a wino było stałym i oczywistym elementem uczty. Spożywano wino rozcieńczone wodą w określonych proporcjach, co było wówczas najpopularniejszą praktyką. Nadal jednak było to wino sfermentowane, a nie sok. 

Byłoby czymś dziwnym, gdyby na weselu w Kanie, gdzie Jezus był jedynie gościem, nie podano wina. Jezus nie był organizatorem uczty ani nie kupował wina. Gdy w drugiej części wesela wina zabrakło, przemienił wodę w wino. 

W całym fragmencie Ewangelii Jana (J 2) greckie słowo tłumaczone jako „wino” to οἶνος (oinos). Jest to powszechne greckie określenie na zwykłe wino, wino sfermentowane, alkoholowe. Co istotne: to samo słowo oinos opisuje wino, którego zabrakło, oraz wino stworzone przez Jezusa. Nie ma żadnego językowego rozróżnienia sugerującego, że Jezus stworzył „inny rodzaj” napoju. Pojawia się pytanie, czy Jezus sam spożywał wino. Niektóre grupy (np. adwentyści i radykalne nurty protestanckie) twierdzą, że nie. 

Jednak Ewangelie świadczą inaczej: Jezus chodził na uczty, jadł i pił, u wszystkich synoptyków (czyli u trzech ewangelistów: Marka, Mateusza i Łukasza) był oskarżany o to, że jest „pijakiem” – co nie miałoby sensu, gdyby wina nie spożywał. 

Ostatnia wieczerza

Kiedy mówimy o ostatniej wieczerzy, musimy wpierw zrozumieć fenomen wina w tradycji żydowskiej. Wina odgrywały kluczową rolę w religijnych obrzędach i codziennym życiu. Radykalni protestanci twierdzą, że Jezus pił moszcz a nie wino. 

ostatnia wieczerza była Paschą żydowską, której przebieg był dokładnie określony przez Talmud. Czym jest Talmud? To żydowski komentarz i interpretacja Tory, czyli Prawa Mojżeszowego. Można powiedzieć, że w świecie katolickim pełni on rolę podobną do katechizmu, wyjaśniając, jak rozumieć i praktykować Prawo zawarte w pierwszych pięciu księgach Starego Testamentu. 

Talmud precyzyjnie określał elementy Paschy: musiała być krew baranka oraz wino fermentowane, zmieszane z wodą. Nie był to przypadek. Pascha była bowiem pamiątką wyjścia Izraelitów z Egiptu. Krwią baranka oznaczano w Egipcie odrzwia domów, aby Bóg nie dotknął śmiercią pierworodnych. 

Wznoszone podczas Paschy kielichy wina nawiązywały do wydarzeń poprzedzających wyjście z niewoli egipskiej i do obietnicy drogi ku Ziemi Obiecanej. 

Jezus, który spożył Paschę jako pobożny Żyd, wraz z dwunastoma apostołami, mógł użyć tylko wina, bo tak nakazywało prawo żydowskie. Pascha przypada w okolicach Wielkanocy, czyli wczesną wiosną. W tym czasie w Izraelu nie mogło być niesfermentowanego soku z winogron. Winogrona zbiera się tam w sierpniu, a w ówczesnych warunkach – bez lodówek
i w panujących tam upałach – sok z winogron musiał bardzo szybko ulec fermentacji. Fizycznie nie było więc możliwości przechowywania niesfermentowanego soku. Oznacza to, że używanym napojem musiało być wino. Jest to odpowiedź dla tych, którzy twierdzą, że Jezus nie pił wina. Dlatego podczas ostatniej wieczerzy nie mogli mieć soku winogronowego, lecz wino. 

W dzisiejszych czasach podczas Mszy Świętej widzimy, jak kapłan wlewa kilka kropel wody do wina, przygotowując dary ofiarne. Dziś zwyczaj ten odczytujemy przede wszystkim symbolicznie, widząc w nim zjednoczenie natury boskiej i ludzkiej w osobie Jezusa Chrystusa. Zwyczaj ten wywodzi się jednak z Paschy, podczas której wino było mieszane
z wodą. 

Świadectwa życia pierwszego Kościoła

Opisy pierwszych Eucharystii z I wieku oraz z połowy II wieku jasno wskazują, że używano prawdziwego wina. Jest to wyraźnie zapisane w najstarszych świadectwach Kościoła. Skoro pierwszy Kościół tak to rozumiał, to właśnie w ten sposób widzieli to również pierwsi chrześcijanie. Podczas Paschy, sprawowanej na cześć Baranka, wino miało swoje konkretne i symboliczne znaczenie. Baranek jest znakiem Jezusa, który rzeczywiście umiera na krzyżu, podobnie jak baranki zabijane podczas Paschy. Natomiast Msza Święta, czyli Eucharystia, jest ofiarą bezkrwawą. Wchodzimy w tę samą ofiarę, w której Jezus składa samego siebie na krzyżu, jednak bez ponownego przelania Jego krwi. Ofiara ta jest uobecniana w sposób sakramentalny i symboliczny pod postaciami chleba i wina. 

Do Mszy Świętej musi być używane wino mszalne – zazwyczaj czyste wino gronowe. W Kościele preferowane jest wino białe, posiadające odpowiedni certyfikat, co jest potwierdzone oznaczeniami na butelkach. 

Taką ciekawostkę dodam, że współczesną Paschę – według tradycji mojżeszowej – można dziś zobaczyć w trzech tradycjach religijnych. W Katowicach, w jednym z domów kultury, organizowane są wydarzenia, podczas których można ją poznać i zobaczyć. 

Pamiętajmy, że Pismo Święte, zwłaszcza Nowy Testament, wyraźnie ostrzega przed upijaniem się, podkreślając, że wino ma być używane z rozwagą – zarówno w codziennym życiu, jak i podczas celebracji Eucharystii (Wieczerzy Pańskiej). Świadczą o tym m.in. listy św. Pawła do Koryntian i Efezjan, gdzie autor wzywa do panowania nad sobą, a nie do nadużywania wina (por. Ef 5,18). Picie wina było w tamtych czasach czymś normalnym, jednak chrześcijanie byli wyraźnie pouczani, by zachować umiar i odpowiedzialność. 

Aleksandra Trubic