Grudzień 2025 10(153)

W numerze:

  • Wydarzenia parafialne.
  • Słowo księdza proboszcza.  Na koniec roku
  • Uczynki miłosierdzia względem duszy – wątpiącym dobrze radzić
  • Nowenna NMP
  • W najsłynniejszym sanktuarium świata
  • Święty Piotr
  • Z życia Kościoła – 
subiektywny wybór
  • Problemy młodych
  • Z życia Kościoła – subiektywny wybór
  • Historia archidiecezji katowickiej – zakończenie
  • Razem najlepiej
  • Śpiewajcie kolędy
  • Boże Narodzenie z perspektywy organisty
  • Domowy Kościół – wspólnota dla słabych, którzy chcą sobie pomagać
  • Rekolekcje dla mam
  • Nigdy nie jest za wiele dziękować
  • Tyle wart jest nasz rok
  • Urocze zakątki Wiednia – wycieczka autokarowa z ks. Przemkiem
  • Akademia Biblijna – wskrzeszenie Łazarza
  • Statystyka
  • Nieprzyjaciel, który mówi prawdę – ból.
  • Listy o. Artura
  • Ambitny listopad
  • Wierzyć z dziećmi
  • Fotokronika parafialna
  • Ostatnia strona. Na jarmarku w Wiedniu
Na koniec roku…

Na koniec roku zwykle dziękuję różnym osobom, dzięki którym nasz kościół i nasza parafia na co dzień funkcjonują. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, ile osób jest zaangażowanych, aby w kościele wszystko działało, było pięknie i też bezpiecznie. Dzisiaj chcę wspomnieć te osoby, bez podawania nazwisk, bo żyjemy w świecie ochrony danych osobowych. Chodzi o to, żeby mieć świadomość zaangażowania, czasu i wysiłku wkładanego w utrzymywanie naszego kościoła.

Zacznijmy od panów kościelnych, których mamy dwóch. To taka wersja tradycyjna, bo w parafiach funkcjonują już nieraz panie kościelne. Wielu osobom kościelni kojarzą się z zapalaniem świeczek przed nabożeństwami. To też, ale nie tylko. To przede wszystkim poświęcony czas. Trzeba być o wiele wcześniej, aby wszystko otwo-rzyć, i dłużej, żeby pozamykać. I być codziennie. Przygotowywać wszystko co potrzebne do nabożeństw i przewidywać, co należy kupić (i gdzieś po coś jechać) albo załatwić. A potem to wszystko należycie utrzymywać. Nieraz trzeba być także w innych godzinach niż tylko w takich, w których są nasze msze św., kiedy wymagają tego różne okoliczności.

Kolejne osoby widoczne (chociaż trzeba podnieść głowy) to nasi organiści. Dwoje zazwyczaj gra podczas nabożeństw, trzecia organistka najczęściej akompaniuje podczas pogrzebów. Bez tej trójki byłyby luki w graniu, a są parafie, nawet niezbyt odległe od nas, gdzie grającego or- ganistę można usłyszeć już tylko w niedzielę. Organista musi także przygotować pieśni, a nieraz opanować zupełnie nowy materiał. Warto wspomnieć jeszcze o prowadzącej scholę i śpiewających w niej dzieciach, bo to czas prób i regularnego śpiewania na niedzielnych mszach św.

Kolejna osoba zajmuje się naszymi kwiatami i dekoracjami w kościele. To nie tylko układanie, aby się wszystkim podobało. To często poszukiwania kwiatów i dekoracji w różnych hurtowniach czy giełdach, jeżdżenie po nich, a wcześniej zastanawianie się, co w danym okresie roku można kupić. Są też osoby, które okazjonalnie pomagają przy dekoracjach kościelnych np. w wystroju listopadowym. Ale żeby to wszystko można było podziwiać, nie może nam nic przeszkadzać, zwłaszcza bród. Dlatego niezwykle ważne są osoby, które regularnie dwa razy w tygodniu sprzątają nasz kościół. Są niewidzialne, a jednak ich praca jest niezwykle ważna. Dotyczy to także osoby sprzątającej nasze salki i osoby sprzątającej probostwo. Trzeba dodać, że osoby sprzątające mają też swoje nadzwyczajne godziny, kiedy sytuacja – np. przy różnych remontach czy imprezach – tego wymaga.

Niezwykle ważną rolę spełnia pan gospodarz, który zajmuje się wszystkimi naprawami, pomocą przy wszystkich remontach, dbający o obejście, zwłaszcza jesienią przy opadających liściach, a tym bardziej właśnie teraz zimą, gdy zaczyna nas otulać biały puszek. Nam podobają się ośnieżone drzewa i krzewy, a pan gospodarz musi np. w niedzielę już o piątej rano odśnieżać dróżki przy kościele.

Mamy jeszcze wiele osób, które interwencyjnie są zawsze gotowe w czymś pomóc, jak chociażby pan elektryk czy panowie pomagający przy różnych pracach remontowych. Tym wszystkim osobom baaaaaardzo dziękuję, bo to oni umożliwiają nam pięknie przeżywać nabożeństwa czy spotykać się przy wspólnym stole. Warto też ciepło pomyśleć o nich, kiedy przychodzimy pomodlić się do naszego kościoła.

ks. proboszcz Leszek Makówka

Historia archidiecezji katowickiej – zakończenie

Skończył się Rok Jubileuszowy – dla całego Kościoła i ten specjalny, ogłoszony w naszej archidiecezji w związku z 100. rocznicą jej istnienia. Przez kolejne miesiące mijającego roku publikowaliśmy artykuły pozwalające poznać jej dzieje od początku do roku 2011. Dzisiaj krótkie podsumowanie, szybkie spojrzenie wstecz, przypomnienie najważniejszych wydarzeń i osób je tworzących.

Zanim nastał rok 1925, gdy papież Pius XI bullą Vixdum Poloniae unitas powołał do życia diecezję katowicką, musiało zaistnieć wiele warunków, które temu sprzyjały. Musiał być rok 1922, gdy część Górnego Śląska znalazła się w granicach odrodzonej Polski. Musiał być człowiek, ks. Jan Kapica, który podjął się trudnego zadania pertraktacji z bp. wrocławskim Bertramem, co doprowadziło do powstania Delegatury Biskupiej dla polskiej części Górnego Śląska, a później Administracji Apostolskiej. Ks. Kapica, proboszcz parafii pw. św. Marii Magdaleny w Tychach, wykazał się ogromnym zaangażowaniem w tworzenie struktur kościelnych, które dały początek utworzenia naszej diecezji.

Starania te podjął bp August Hlond i choć jego działalność na Śląsku była krótka i naznaczona wieloma trudnościami, to obfitowała w wielkie wydarzenia budujące duchowe oblicze naszego regionu. Ustanowienie diecezji katowickiej było momentem przełomowym dla mieszkańców Śląska, ludzi o silnej tożsamości religijnej i narodowej. Kościół stał się tutaj nie tylko przestrzenią modlitwy, ale także ostoją kultury i wspólnoty.

W kolejnych latach kierowanie diecezją powierzono bp. Arkadiuszowi Lisieckiemu, który dobrze rozumiał śląską mentalność. Troszczył się o duchowy wzrost wiernych, o rozwój duchowieństwa, o stworzenie warunków, by mogła wzrastać ich jedność w obliczu trudnych wyborów politycznych. Rozpoczął też budowę monumentalnej katedry Chrystusa Króla, która miała być znakiem duchowej jedności ludu Śląska.

Prace nad budową katedry podjął następny ordynariusz diecezji, bp Stanisław Adamski. Długi czas trwało jego duszpasterzowanie naznaczone tragicznymi wydarzeniami II wojny światowej i niemiecką okupacją Śląska, a potem zmaganiem się z nieprzychylnymi Kościołowi władzami komunistycznymi, szykanowaniami, aresztowaniami i trudnymi powrotami. Konsekracja świątyni w 1955 roku odbyła się w czasie, gdy diecezją kierowali „księża patrioci”, pod nieobecność aresztowanych biskupów śląskich, była jednak ważnym wydarzeniem, które na trwałe wpisało się w pamięć śląskiego ludu. Katedra stała się symbolem wiary, nadziei i jedności, a napis na jej frontonie „Soli Deo honor et gloria” przypominał, że jedynie Bogu należy się chwała.

Okres powojenny i lata PRL-u były czasem prób. Kościół musiał zmierzyć się z presją władz, ale jednocześnie pozostawał miejscem wolności ducha. Biskupi katowiccy, jak Stanisław Adamski czy Herbert Bednorz, odważnie bronili praw ludzi pracy i rodziny. Szczególną rolę odgrywały pielgrzymki do Piekar, gdzie modlitwa o godność pracy i życie rodzinne stawała się manifestacją wiary i tożsamości. W 1975 roku kard. Karol Wojtyła podkreślał właśnie tę nierozerwalną więź modlitwy i pracy jako znak śląskiego Kościoła.

Ważnymi wydarzeniami dla naszego lokalnego Kościoła była wizyta Jana Pawła II – w 1983 roku, wówczas papież mówił o godności pracy, o sile rodziny i o potrzebie jedności. Kolejna pielgrzymka w 1997 roku jeszcze raz przypomniała, że nasz śląski Kościół jest żywym świadkiem Ewangelii.

W 1992 roku diecezja katowicka została podniesiona do rangi archidiecezji bullą Totus Tuus Poloniae populus. Katowice stały się metropolią, obejmującą także diecezje gliwicką i opolską. Było to wyrazem uznania dla roli Ko- ścioła na Śląsku w życiu całej Polski. Pierwszym metropolitą katowickim został abp Damian Zimoń, który pełnił swoją posługę ponad ćwierć wieku, od 1985 do 2011 roku. Czas ten był okresem rozwoju parafii, katechezy i działalności charytatywnej w dobie przemian społecznych i religijnych, które kształtowały oblicze Śląska.

Na tym okresie zakończyliśmy naszą wędrówkę przez historię archidiecezji – ciąg dalszy jest nam doskonale znany. Wraz z kolejnymi ordynariuszami, abp. Wiktorem Skworcem, abp. Adrianem Galbasem, biskupami pomocniczymi oraz obecnym abp. Andrzejem Przybylskim, tworzymy jej historię, jesteśmy częścią tej wspólnoty, która przez dziesięciolecia była nie tylko strukturą kościelną, ale przede wszystkim żywym świadectwem wiary, pracy i jedności.

Felicja Pająk

Akademia Biblijna – wskrzeszenie Łazarza
Co zrobisz, gdy dowiesz się, że twój przyjaciel ciężko choruje? Na pewno się zmartwisz i zainteresujesz stanem chorego. Zadzwonisz, napiszesz maila, pojedziesz go odwiedzić. Co robi Jezus, gdy otrzymuje wiadomość, że jego przyjaciel choruje?
Zostaje dwa dni dłużej w miejscu pobytu. Pozwala Łazarzowi umrzeć. A nawet więcej – spóźnił się cztery dni na pogrzeb przyjaciela, który teraz leży w grobie i już cuchnie. Te właśnie zagadnienia omawialiśmy na listopadowym spotkaniu. Ewangelia wg św. Jana w rozdziale 11 opowiada historię wskrzeszenia Łazarza z Betanii, który był bratem Marty i Marii. Jezus przybywa do Betanii po czterech dniach od śmierci. Wchodzi do grobu, woła go po imieniu, a wskrzeszony Łazarz wychodzi na zewnątrz. Jak wiemy, to wydarzenie jest jednym z najdonioślejszych cudów Jezusa i ma ogromne znaczenie symbolizujące Jego władzę nad śmiercią i obietnicę życia wiecznego.
Uczucia i emocje
W Ewangelii św. Jana rzeczywiście widzimy nagromadzenie emocji i uczuć Jezusa. Ukazuje to Jego człowieczeństwo – przeżywa wszystko tak jak człowiek. Ten fragment ma wiele różnych znaczeń. Zacznijmy od tego, gdzie znajduje się Betania.
Betania
To wioska położona niedaleko Jerozolimy, na wschód od Góry Oliwnej, przy drodze prowadzącej z Jerycha. Cała publiczna działalność Jezusa toczyła się głównie wokół Jeziora Galilejskiego, ale zgodnie z żydowskim zwyczajem udawał się On do Jerozolimy na święta. Na Paschę każdy pobożny Żyd miał obowiązek pielgrzymować do Jerozolimy. Jezus również chodził tam kilkakrotnie – tradycyjnie mówi się o trzech takich wyprawach. W drodze do Jerozolimy Jezus często zatrzymywał się w Betanii, ponieważ przyjaźnił się z trojgiem rodzeństwa: Martą, Marią i Łazarzem. Ewangelia św. Jana różni się od pozostałych Ewangelii. Jan bardzo mocno i szeroko koncentruje się na konkretnych wydarzeniach, podczas gdy u synoptyków – Mateusza, Marka i Łukasza – często znajdujemy jedynie krótkie wzmian- ki o tych samych sytuacjach. Maria w Ewangelii Janowej to ta, która namaściła Jezusa. Tylko Jan przypisuje ten gest właśnie Marii, siostrze Marty i Łazarza. U pozostałych trzech Ewangelistów kobieta namaszczająca Jezusa pozostaje bezimienna, a u św. Łukasza jest nazwana „grzesznicą” i znana z prowadzenia niegodnego życia. Trzeba pamiętać, że każdy Ewangelista pisze ze swojego punktu widzenia. Nie wszyscy byli świadkami wydarzeń, które opisują, dlatego pojawiają się między nimi różnice. Kolejna ważna sprawa to żydowskie obrzędy pogrzebowe.
Żydowski pogrzeb
Żydzi wierzyli, że dusza przez trzy dni „krąży” wokół ciała, a od czwartego dnia nie ma jej już przy zmarłym. Gdy Jezus przybył do Betanii czwartego dnia po śmierci Łazarza, miał świadomość symboliki tego momentu. Przyszedł tam, aby dokonać wielkiego znaku – właśnie dlatego nie uzdrowił Łazarza wcześniej, choć przecież nie stanowiłoby to dla Niego żadnego problemu. Uzdrowił już przecież tak wielu ludzi. U Żydów żałoba trwała siedem dni. Tuż po pogrzebie – który odbywał się zawsze tego samego dnia, w którym człowiek umarł – przychodzili krewni, sąsiedzi i znajomi, aby pocieszać rodzinę zmarłego. Czasami okres żałoby przedłużano nawet do trzydziestu dni. Stąd w Ewangelii czytamy, że „wielu Żydów przybyło z Jerozolimy”, aby pocieszyć Martę i Marię. Jak wyglądał pogrzeb? Ciało zmarłego namaszczano wonnościami, zawijano w płótna i składano do grobu jeszcze tego samego dnia. Dlatego kobiety udały się o świcie do grobu Jezusa – po szabacie – aby dokończyć namaszczenie, którego nie zdążono wykonać przed zachodem słońca w dniu śmierci. Ludzi chowano w różnych miejscach, w zależności od zamożności rodziny. Jezus został złożony w grobie, który można nazwać „luksusowym” – był to grób dwukomorowy, należący do Józefa z Arymatei. Po około roku, gdy z ciała pozostawały już tylko kości, zbierano je i składano do ossuarium, czyli specjalnej skrzynki na kości. Jeszcze jedna rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę w tekście, to słowo „miłość”.
Trzy rodzaje miłości
W języku greckim występują trzy różne określenia tego, co po polsku tłumaczymy jednym słowem. Co to znaczy, że Jezus „kochał” Łazarza? W tym fragmencie Ewangelii użyte jest słowo filía, które oznacza miłość przyjacielską i rodzinną. W języku polskim najbliższym od- powiednikiem byłaby przyjaźń, czyli więź, w której kocha się kogoś jak brata czy siostrę. Ewangelista chce więc podkreślić niezwykłą bliskość Jezusa z Łazarzem. W innym miejscu Biblii, gdy czytamy, że „Jezus ich miłował”, użyto słowa agápē. Oznacza ono miłość bezinteresowną, dar z siebie – taką miłość, jaką Bóg obdarza człowieka. To miłość oddana, wierna, służebna, nastawiona na dobro drugiego. Istnieje też trzecie greckie słowo: érōs – oznaczające miłość cielesną, namiętność i pożądanie. Znak na chwałę Bożą Jezus zwleka, bo znak ma być dany po to, aby objawiła się chwała Boża. To zdanie jest kluczowe. Każdy znak, którego Jezus dokonuje – czy to rozmnożenie chleba, czy uzdrowienia – ma właśnie ten cel: aby objawiła się chwała Boga i aby ludzie uwierzyli, że Jezus jest oczekiwanym Mesjaszem. Można powiedzieć, że to swego rodzaju motto odnoszące się do wszystkich cudów Jezusa. W każdym z nich chodzi o to, aby Bóg stał się widoczny w działaniu Jezusa, a ludzie mogli przez te znaki dojść do wiary.
Światło
Gdy Jezus wraca do Betanii, do Łazarza, uczniowie nie są z tego zadowoleni. Pamiętają bowiem, że gdy ostatnio byli w Jerozolimie, sytuacja była bardzo napięta – faryzeusze i uczeni w Piśmie szukali okazji, by Jezusa pochwycić i znaleźć pretekst do zgładzenia Go. Ucz-niowie naprawdę się tego bali. Jezus im odpowiedział: J 11, 9-10 «Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeżeli ktoś chodzi za dnia, nie potknie się, ponieważ widzi światło tego świata. Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła». Jezus mówi o tym, że to On jest prawdziwym światłem, dlatego ucz- niowie nie powinni się bać, że w Jerozolimie zostanie pochwycony, osądzony, ubiczowany i zabity. Nie należy bać się światła – to ciemność jest zagrożeniem. Ciemność oznacza grzech, odrzucenie Boga, i to właśnie przed ciemnością Jezus przestrzega.
Sen wieczny
W kolejnym fragmencie Jezus mówi, że „Łazarz zasnął”. W Biblii słowo „zasnąć” często oznaczało śmierć. Śmierć była rozumiana jako sen – stan, który trwa przez pewien czas, aż Bóg „obudzi” człowieka do nowego życia. Nawet uczniowie, którzy byli przy Jezusie, nie zrozumieli od razu Jego słów, myśleli w kategoriach czysto ludzkich i pełnych obaw. W całym opisie pojawia się wiele emocji: lęk, strach uczniów, żałoba sióstr, bardzo ludzki ból. Szczególnie ważny jest fragment rozmowy Jezusa z Martą. Marta wierzy w zmartwychwstanie, a jednocześnie przeżywa ludzki smutek po stracie brata.
Wielki znak
Zmartwychwstanie w czasach Jezusa nie było oczywistością – różnie je interpretowano, a niektórzy, jak saduceusze, w ogóle w nie nie wierzyli. W tej rozmowie Jezus wypowiada słowa „Ja jestem”. To niezwykle mocne określenie: Jezus przypisuje sobie prerogatywy Boga. Mówi, że On jest Panem życia i zmartwychwstania – Tym, który daje życie wieczne i który może człowieka „obudzić” do nowego życia. Wskrzeszenie Łazarza jest wielkim znakiem, ale jednocześnie obrazem i symbolem zmartwychwstania, zapowiedzią tego, co objawi się w pełni w Jezusie. Łazarz wraca do zwykłego, ziemskiego życia – do tego samego ciała, które choruje i cierpi. Natomiast Jezus jako pierwszy naprawdę zmartwychwstał, czyli przeszedł do życia, które już nie podlega śmierci. Łazarz został jedynie wskrzeszony, a więc przywrócony do życia doczesnego.
Jezus w żałobie
Warto też zwrócić uwagę na słowa, którymi Jezus wyraża swój smutek. Te emocje pokazują Jego prawdziwe człowieczeństwo – Jezus współodczuwa, przejmuje się bólem Marty i Marii, płacze nad grobem przyjaciela. Jego łzy nie są wyrazem bezradności, ale miłości i współczucia, które pokazują, że Bóg naprawdę wchodzi w ludzkie cierpienie. Trzeba zatrzymać się jeszcze przy słowach, w których Jezus wyraża swój smutek. Jezus, który jest Bogiem i wie, co się za chwilę stanie, „wzruszył się w duchu” i „zapłakał” – podkreśla to szczególnie św. Jan w swojej Ewangelii. Jezus jest w żałobie, mimo że zaraz wskrzesi Łazarza. Jego łzy nie są oznaką bezradności, lecz głębokiej, prawdziwej miłości i współczucia. Ten fragment, oprócz wszystkich wcześniejszych znaczeń, jest również zapowiedzią zmartwychwstania. Znak ten ma objawić chwałę Bożą i pot- wierdzić, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym. Wskrzeszenie Łazarza jest więc nie tylko cudownym wydarzeniem, ale także teologicznym „dowodem”, który ma umocnić wiarę świadków. Cała ta historia ma także głęboki wydźwięk pochwały tego, co ludzkie – uczuć, które każdy z nas przeżywa. Jezus naprawdę kochał, naprawdę miłował, naprawdę cierpiał. Jego smutek i łzy są świadectwem, że Bóg w Jezusie wszedł w ludzkie doświadczenie aż do końca. Nic, co ludzkie – żal, tęsknota, ból po stracie – nie jest Mu obce. Nie ma w całej Ewangelii drugiego takiego fragmentu, w którym tak wyraźnie i tak wielokrotnie ukazane byłyby emocje i uczucia Jezusa.
Strach elit i proroctwo Kajfasza
Równocześnie widzimy narastający strach elit Izraela. Po wskrzeszeniu Łazarza najwyższa rada zaczyna się naradzać – oczekiwali Mesjasza politycznego, który wyzwoli Izrael spod okupacji rzymskiej. Patrząc na Jezusa, widzieli kogoś zupełnie innego, niż się spodziewali. Jezus nie pasował do ich wyobrażeń. W tym kontekście Kajfasz, pełniący urząd najwyższego kapłana, wypowiada słowa niezwykle ważne, choć sam nie zdaje sobie sprawy z ich głębi: „Lepiej, aby jeden człowiek zginął za lud, niż miałby zginąć cały naród” (J 11,50). Kajfasz myśli czysto politycznie i po ludzku: lepiej zabić Jezusa, aby uniknąć reakcji Rzymian i by cały naród nie został zniszczony. Dla niego to zimna kalkulacja, logiczny ruch w obliczu zagrożenia. Ale – jak podkreśla św. Jan – on wypowiada proroctwo, nie wiedząc o tym. Jego słowa mają znaczenie zbawcze: Jezus, jako jedyny, umrze za cały naród, a także – jak dodaje Ewangelista – „aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno”. Tak więc Kajfasz mówi o polityce, a Bóg posługuje się jego słowami, aby ogłosić prawdę o zbawieniu. Tam, gdzie ludzie widzą zagrożenie, Bóg objawia swój plan miłości. W ten sposób dramat narady Sanhedrynu staje się kolejnym potwierdzeniem, że w osobie Jezusa działa sam Bóg.
Na koniec tych rozważań nasuwają mi się pewne przemyślenia. Przyjaźń z Jezusem sprawia, że moc Boża przemienia moje życie. Czy tak aby jest na pewno? Jak dbam o moją relację z Jezusem? Co czynię w mojej codzienności dla mego przyjaciela Jezusa? No i czy w ogóle jest moim przyjacielem?

Aleksandra Trubic