MARZEC 2025 3(146)

W numerze:

Wszystko, co dobre, ma w sobie wymiar Boży

Usłyszałem niedawno zarzut, tak właściwie trzeba to nazwać, że wszysto, co robimy w parafii, robimy na pokaz, żeby tym się chwalić. I że w naszych działaniach jest za dużo te- go co ludzkie, a za mało tego co Boże. Myślę, że każdy ma taki natychmiastowy odruch zaprzeczenia. Ale myślę, że warto zawsze zastanowić się nad jakąkolwiek krytyką. Nawet jeśli krytyka wyrasta z innych pobudek niż merytoryczne, to czasami może być w nich jakaś prawda, której człowiek samemu nie dostrzega. Nie potrafimy wyjść z siebie, stanąć obok siebie i dokonać oglądu siebie z zewnątrz. Trzeba się zastanowić, czy rzeczywiście proporcje nie są czasami zachwiane.

Tak naprawdę, przynajmniej ja, nie dzielę tego, co robimy, na to, co tylko ludzkie i na to, co tylko Boże. Wszystko co dobre, co zbliża ludzi, co rodzi i wzmacnia relacje, co rodzi sympatię i miłość ma w sobie wymiar Boży. Człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże, a najbardziej ludzki jest Bóg. W kanonie z Taizé śpiewamy: Ubi caritas et amor, Deus ibi est (Gdzie miłość wzajemna i dobroć, tam jest Bóg). Wszystko, co zbliża ludzi (w języku nowoczesnym – integruje), ma w sobie wymiar Boży. Oczywiście byłoby dobrze, żeby ludzie zachęceni do życia wspólnoty parafialnej, chcieliby jeszcze głębiej i mocniej wejść w relacje z Bogiem. Ale to jest wyzwanie dla nas wszystkich, tym bardziej w okresie przeżywanego Wielkiego Postu.

A tego, co wprost Boże, nie zaniedbujemy. Staramy się, aby dostępność mszy św. była jak najbardziej dostosowana do potrzeb wiernych. W parafiach tzw. solo, to znaczy z jednym księdzem (a my jesteśmy taką parafią, ks. Przemek przebywa u nas zasadniczo w czasie weekendu) powinna w tygodniu być tylko jedna Eucharystia. Tak mówi prawo kościelne. Nie zamierzam redukować liczby mszy św. sprawowanych w naszym kościele. Mamy nabożeństwa, podczas których jest okazja do podtrzymywania i wzmacniania swojej pobożności. Tak po ludzku można się zastanawiać, czy te nabożeństwa mają sens, skoro np. na nieszporach niedzielnych jest parę osób. Myślę, że warto dla tych paru osób. Staramy się także organizować adoracje i różne wydarzenia oraz spotkania religijne. Jeśli tylko ktoś chce, z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Zarzut „chwalenia się” dotyczy też współczesnych środków medialnych, w których opowiadamy, co dzieje się w naszej parafii. I nie jest to element chwalenia się. Świat dzisiejszy z całą siłą istnieje równolegle z rzeczywistością realną w sferze wirtualnej. Nasz Facebook czy Instagram jest niezwykle ważny, bo docieramy do różnych osób, które w kościele nie pojawiają się zbyt często. To jest nasze, księży, doświadczenie chociażby z odwiedzin kolędowych, kiedy się okazuje, że osoby właściwie niepraktykujące czytają regularnie nasze wpisy w portalach społecz- nościowych. Nie chodzi tylko o to, że świetnie orientują się, co dzieje się w parafii, ale co ważniejsze – być może kiedyś – coś mocniej wybrzmi w ich sercach. Z osobą, którą postrzegam jako takiego superwizjera kościelnego, rozmawiałem o tych sprawach. Zwróciła mi uwagę, że być może we wszystkim, co robimy, za dużo jest proboszcza. Może trzeba dać więcej pola do działania osobom świeckim (nie lubię tego określenia!). Proboszcz nie musi być we wszystkim. Zresztą do takiej działalności trzeba się przygotowywać także z powodu zmniejszającej się liczby księży i jakiegoś – być może w przyszłości – łączenia parafii. Tylko w takiej sytuacji mogę znowu znaleźć się w ogniu krytyki, że proboszcza jakoś nie widać.

ks. proboszcz Leszek Makówka

Lamentujcie!

Pewnie nie mnie jednej trudno wyobrazić sobie Wielki Post bez nabożeństwa Gorzkich żali. Od lat śpiewanych u nas w niedzielne popołudnia. Czy jednak wiemy, skąd się one wzięły?

Powstanie Gorzkich żali w takiej formie, w jakiej je znamy, wiąże się z Bractwem św. Rocha przy kościele Świętego Krzyża w Warszawie.
Jego członkowie brali udział w procesjach pokutniczych czy odprawianiu pasji. W styczniu 1707 roku ks. Wawrzyniec Benik CM, promotor tej wspólnoty, napisał i wydał tekst Gorzkich żali. Po raz pierwszy odprawiono je 13 marca 1707 roku – była to wówczas pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Zostały zatwierdzone przez Stolicę Apostolską i bardzo szybko zyskały popularność w całej Polsce.

Dawniej temu nabożeństwu towarzyszyła bardzo uroczysta liturgia. Zaczynała się po nieszporach, od wystawienia Najświętszego Sakramentu. Wyśpiewywano Gorzkie żale, następnie miało miejsce kazanie pasyjne i procesja. Nieco inaczej niż dziś, kiedy zazwyczaj schemat nabożeństwa to: Pobudka, kazanie pasyjne, wystawienie i dalsza część Gorzkich żali. Rzadko już spotyka się procesję kończącą to nabożeństwo.

Przez tych ponad trzysta lat w tym utworze prawie nic się „nie zestarzało” – słownictwo jest zrozumiałe (mimo obecnych archaizmów), składnia nie różni się prawie niczym od dzisiejszej, a styl jest prosty, pozbawiony ozdobników. W Gorzkich żalach rozważamy mękę i śmierć Jezusa. Mówimy też o uczuciach, które budzą się w nas, wyśpiewujących te słowa: żal duszę ściska, serce boleść czuje; pragnę, Matko, zostać z Tobą, dzielić się Twoją
żałobą itd.

Bez wątpienia nie da się mówić o jednej melodii tej modlitwy. Bo w każdym kościele wybrzmi ona nieco inaczej (zakładając, że organista nie trzyma się w pełni wersji, jaką znaleźć możemy w naszym śpiewniku). Sama miałam okazję grać Gorzkie żale w kilku okolicznych parafiach i ta melodia zawsze czymś się różniła – choćby drobną końcówką. To pokłosie tego, że melodie (pieśni zresztą też) były kiedyś przekazywane ustnie.

Tekst Gorzkich żali przetłumaczony został na inne języki, jednak to w Polsce nabożeństwo to jest najbardziej popularne. Jest ono wyrazem typowo polskiej pobożności. Bardzo zachęcam, by skorzystać z tych kilku ostatnich niedziel Wielkiego Postu, które przed nami, i wybrać się na nabożeństwo do naszego kościoła. A kiedy już tam będziecie, warto spróbować skupić się na słowach, które wyśpiewujemy, i na tym, jak bardzo lamentacyjna melodia dopełnia te treści. To wszystko jest niesamowicie wymowne. Zwłaszcza w kontekście wydarzeń, które przed nami.

Monika Fenisz

Historia diecezji katowickiej
Cz. III. 
„Aby byli jedno” – diecezja pod przewodnictwem biskupa Arkadiusza 
Lisieckiego (1926-1930)

Czasy poznańskie

Arkadiusz Lisiecki urodził się w dzielnicy Poznania, Chwaliszewo. Ukończył szkołę średnią w Poznaniu, w Sevre pod Paryżem i w Rzymie. Maturę zdał w Poznaniu. Po studiach teologicznych w Poznaniu i Gnieźnie przyjął święcenia kapłańskie 17 XII 1904 r. Oprócz posługi duszpasterskiej podejmował działalność społeczną – opiekował się młodzieżą, działał w Towarzystwie Czytelń Ludowych, był sekretarzem generalnym Związku Katolickich Towarzystw Robotniczych i redagował jego organ związkowy „Robotnik”. Był też redaktorem miesięcznika „Stowarzyszenie” oraz „Prze- wodnika Katolickiego”. Był zaangażowany w działalność Towarzystw Śpiewaczych. Został również kanonikiem kolegiaty farnej w Poznaniu. Był posłem do sejmu pruskiego w Berlinie, a potem członkiem Naczelnej Rady Ludowej. Krótki czas przebywał we Francji, gdzie badał warunki bytowe polskich emigrantów. Później otrzymał nominację na kanonika katedralnego i profesora teologii moralnej oraz prawa kanonicznego w gnieźnieńskim wyższym seminarium duchownym i archi- wariusza kapitulnego. Powierzono mu dodatkowe obowiązki oficjała. Będąc naukowcem, wydawał liczne prace, zasłynął zwłaszcza jako tłumacz pism ojców Kościoła stając w szeregu najlepszych polskich patrystów, takich jak: bp Piotr Tomicki, św. Józef Sebastian Pelczar,
św. Józef Bilczewski. Świat nauki to dostrzegł i uhonorował go doktoratem honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, co było rzadkim dla kapłanów, ale bardzo prestiżowym wyróżnieniem. Przeszedł do historii polskiej patrystyki jako inicjator pierwszej w Polsce biblioteki przekładów ojców Kościoła. Dobrze znał problematykę niemiecką i specyfikę środowisk robotniczych, co nie było bez znaczenia i zaważyło na wyborze ks. Lisieckiego na biskupa katowickiego. 24 czerwca 1926 roku w Gnieźnie przyjął sakrę biskupią z rąk swojego poprzednika, prymasa Augusta Hlonda. Ingres do prokatedry katowickiej, czyli kościoła św. Piotra i Pawła, odbył się 31 października tegoż roku. Jego dewizą biskupią były słowa „Aby wszyscy byli jedno”. Nie obyło się bez zadrażnień na tle narodowościowym – tak o tym pisze ks. F. Maroń:

Tymczasem nowy biskup naraził się od razu przy ingresie w nieoczekiwany sposób Niemcom, którzy zrobili z tego aferę międzynarodową. Podobnie jak województwo określano jako „śląskie” i wojewodę jako „śląskiego”, tak też biskupstwo nazywano często „śląskie” a nowy ks. biskup przyjął nawet oficjalnie tytuł „biskupa śląskiego”. Przeciwko temu zaprotestowała niemiecka ambasada przy Stolicy Apostolskiej, która w tej sprawie zwróciła się za pośrednictwem nuncjatury warszawskiej do ks. Lisieckiego o zastosowanie właściwego i urzędowego określenia diecezji i jej biskupa jako „katowickiego”. Ks. biskup wykonał zlecenie, ale nie omieszkał zwrócić uwagę na to, iż tak samo w tekście konkordatu jest mowa o „diecezji śląskiej”[1].

Na katowickiej katedrze

W swoim pierwszym liście pasterskim, który miał być odczytany we wszystkich parafiach, zwracał się zarówno do duchowieństwa, jak i do całego śląskiego ludu z serdecznym przesłaniem i prośbą o jedność. Pisał:

(…) Zjednoczcie tedy, Bracia Kapłani, myśl Waszą z myślą biskupa Waszego, stańcie przy mnie do wspólnej, niestrudzonej, pracy dla zbawienia i dobra pieczy mojej i Waszej powierzonego ludu śląskiego, a wtenczas spełnię ja, Wasz Pasterz, i Wy razem ze mną spełnicie to, czego Bóg od nas żąda (…).

A teraz zwracam się do Was, Najmilsi moi Diecezjanie. Wierzcie mi, że jak mnie skrzepiła myśl o tem, iż mam wśród Was pracować razem z Kapłanami Waszymi, tak samo wielką jest dla mnie otuchą, że Bóg mnie uczynił Pasterzem właśnie Twoim, Ukochany Ludu Śląski. Wiem i zawsze wiedziałem, bo wie o tem cała Ojczyzna nasza, co znaczy i jaką ma wartość stary piastowski Lud Śląski. O Was to, Ślązacy, mówią w całej Polsce naszej, że może Wy właśnie jesteście najlepszą, najzdrowszą cząstką wielkiego Narodu naszego. Na Was to kraj cały patrzy z podziwem, kiedy się buduje Waszą głęboką wiarą, Waszą miłością Boga i Ojczyzny, Waszem niezłomnem, niezachwianem przywiązaniem do Kościoła świętego, do Papieża, do Waszego Biskupa, do Waszych Kapłanów, i nie tylko w naszym kraju taki z Was przykład biorą i tak Was oceniają. Posłuchajcie, Najmilsi moi, i niechaj to, co Wam teraz oznajmię, na pociechę i na zachętę na zawsze się zapisze w pamięci Waszej (…). Między mną, Biskupem Waszym, a Wami, już zadzierzgnął się węzeł, da Bóg, nigdy nierozerwalny. Oto jedność, łącząca w Kościele Bożym biskupa, duchowieństwo i cały lud wierny, oto jedność, o którą w Swej modlitwie arcykapłańskiej tak serdecznie modlił się Pan Jezus przed męką i śmiercią Swą krzyżową: „Aby wszyscy byli jedno, Jako Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie; Aby i oni byli w Nas jedno”. (Jan 17,21) [2]

Biskup Arkadiusz Lisiecki natychmiast podjął prace rozpoczęte przez pierwszego katowickiego ordynariusza, bpa Hlonda. Już w niespełna miesiąc po ingresie doprowadził do poświęcenia kamienia węgielnego pod budowę Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, a w lutym 1926 roku ogłosił rozpoczęcie prac przygotowawczych do budowy katedry, która miała przyczynić się do integracji podzielonej narodowościowo lud- ności Śląska. 5 czerwca 1927 roku dokonano pierwszego symbolicznego wykopu pod jej fundamenty. Zmienił wezwanie przyszłej katedry z Najświętszego Serca Jezusowego na Chrystusa Króla. Radością z rozpoczętego dzieła, które w przyszłości miało być dla ordynariusza źródłem wielu trosk i zmartwień, dzielił się, pisząc w jednym z listów pasterskich:

(…) mówiłem do was o katedrze, którą zamierzamy wystawić. Dziś dzielę się z wami radosną nowiną, że wielkie dzieło przy pomocy Bożej rozpoczęte. Niezadługo wzniesie się ta świątynia i sklepieniem swojem zapanuje nad stolicą śląskiej ziemi jako widomy tron Króla naszego Jezusa Chrystusa. Potężna i wyniosła jej kopuła promieniami blasku swego sięgnie daleko w śląski kraj i obwieszczać będzie każdemu: „Tam mieszka ich Król, ich Bóg i Pan”[3].

Wielu śląskich kapłanów, zaangażowanych w życie polityczne odrodzonego państwa, aktywnie włączało się w działalność partii opowiadając się za tą, którą uznawaną za najbardziej spójną z wymogami Kościoła. Była nią ich zdaniem Narodowa Demokracja lub sprzy- mierzona z nią Chrześcijańska Demokracja. Z list tych partii kandydowali do sejmu i senatu. Sprawa skomplikowała się, gdy na politycznej arenie pojawiła się tzw. sanacja. Doprowadziło to do sporów i podziałów zarówno wśród śląskiego duchowieństwa, jak i całego społeczeństwa. Swoje poglądy polityczne miał też ordynariusz diecezji, choć początkowo, w czasach poznańskich, był zwolennikiem endecji, to później zdecydowanie popierał sanację. Kiedy spory stawały się coraz bardziej zaciekłe, a księża wdawali się w otwartą walkę polityczną, gdy nie reagowali na jego napomnienia, odmówił wszystkim zezwolenia na wysuwanie swoich kandydatur w wyborach do sejmu i senatu, zabraniał uczestnictwa w kampanii przedwyborczej oraz omawiania z ambon spraw wyborczych z wyjątkiem odczytania instrukcji biskupiej o obowiązku udziału w wyborach.

Zarówno budowa katedry, która napotykała wiele trudności, jak i brak jedności duchowieństwa w obliczu wyborów politycznych przysparzały biskupowi wiele trosk. Zażegnanie sporu politycznego było sprawą ważną, ratowało jedność śląskiego duchowieństwa, jednak podjęta decyzja stawała w poprzek oczekiwań zarówno duchowieństwa, jak i wiernych. Tak pisze o tym Zofia Kossak:

Sejm Śląski uchwalił budowę katedry w Katowicach, wspaniałej, ogromnej, mającej zadziwić całą Polskę. Rozpoczęto budowę na wzgórzu, skąd widok obejmował całe miasto. Wybór krajobrazowo trafny, okazał się nieszczęśliwy. Pobliska kopalnia „Wujek” to zalewała wykopy wodą, to pozwalała ziemi rozstępować się na boki pod fundamentami gmachu. Rzeczoznawcy radzili porzucić budowlę i rozpocząć ją w innym miejscu. Lecz tutaj utopiono już olbrzymie sumy (utopiono w dosłownym znaczeniu) i biskup nie mógł zdecydować się iść za tą radą. Troski z osuwającymi się fundamentami acz poważne były niczym wobec wewnętrznego politycznego rozdarcia Śląska. Pragnąc uchronić przed nim duchowieństwo, biskup zakazał księżom swej diecezji zabierać głos w sprawach politycznych. W następstwie tego rozporządzenia stanęła przed nim delegacja dziekanów błagając, by zakaz cofnął, gdyż proboszczowie nie będą mogli biskupa usłuchać. Wyjaśniali, że narodowe odrodzenie Śląska było w 90% dziełem księży. Że lud przywykł uważać swych proboszczów za kierowników nie tylko duchowych, lecz politycznych i z każdą wątpliwością zwracać się do nich. Jakże w czasach obecnych, tak trudnych, zrzec się tej roli, zbywając parafian zdawkowym „ja ci radzę, jak uważasz”? Niech Jego Ekscelencja raczy zarządzenie zmienić! Ekscelencja nie wiedział, co począć. Gryzł się, martwił, aż umarł na serce, w czasie wizytacji, zostawiając kurię obdłużoną, budowę katedry zachwianą, umysły wzburzone[4].

W czasie krótkiego okresu prowadzenia diecezji doprowadził do zbudowania lub rozbudowania dwudziestu kościołów, rozpoczął reformę administracyjną diecezji dzieląc ją na 4 komisariaty. Chodziło mu o lepsze zarządzanie i organizację duszpasterstwa, o zerwanie z tradycją niemiecką po to, by lepiej dostosować diecezjalne struktury do potrzeb polskich wiernych. Podjął też przygotowania do synodu diecezjalnego przekonany, że diecezja będąca w fazie rozwoju, a uformowana z dwóch różniących się części, potrzebuje wyraźnych dyrektyw, które w sytuacji zawarcia konkordatu i nowego prawa kanonicznego pomogłyby w prowadzeniu duszpasterstwa. Choć prace synodalne zostały rozpoczęte i przeprowadzono już kilka spotkań, trzeba było zawiesić ich kontynuację. Przyczyną zarówno przerwania przygotowań do pierwszego synodu diecezjalnego, jak i niemożności zreformowania struktur administracyjnych, było ogłoszenie synodu krajowego.

Biskup zadbał również o to, by śląscy kapłani mieli swoje miejsce, w którym mogliby wypocząć – należący od niedawana do diecezji pałacyk w Kokoszycach przeznaczył na diecezjalny dom rekolekcyjny oraz miejsce wypoczynku dla księży, a uroczystego poświęcenia tego domu – nazwanego Księżówką Śląską – dokonał 17 VII 1928 r. Sprawowanie opieki nad domem oraz przebywającymi w nim gośćmi powierzono zgromadzeniu Sióstr św. Jadwigi.

Kolejny, 1929 rok, obfitował w doniosłe wydarzenia. Poświęcono gmach śląskiego seminarium duchownego w Krakowie, co dla życia duchowego całej diecezji miało doniosłe znaczenie. Podjęto się rozwiązania problemu ogromnego bezrobocia. Aby zaspokoić najpilniejsze potrzeby bytowe bezrobotnych, rozwijano działalność charytatywną, założono Związek Towarzystw Dobroczynnych „Caritas”, do którego dołączono inne zrzeszenia dobroczynne działające na terenie diecezji, niemal przy każdej większej parafii. W czerwcu tego roku, w całej diecezji obchodzono Dzień Papieski, by uczcić jubileusz kapłański Piusa XI, tak bardzo związanego z Polską, a szczególnie ze Śląskiem. Z tej okazji zorganizowano pielgrzymkę do Rzymu, a w katowickim teatrze odbyła się uroczysta akademia z udziałem ministra spraw wewnętrznych oraz wojewody. Była to również 10. rocznica pierwszego powstania śląskiego, którą obchodzono bardzo uroczyście, a 17 grudnia uczczono srebrny jubileusz kapłański biskupa.

Ks. bp Arkadiusz Lisiecki zmarł nagle, na udar serca, w czasie wizytacji pasterskiej w Cieszynie. Ta niespodziewana śmierć przerwała rozpoczęte prace, zakończyła długofalowe plany organizacyjne i naukowe, za- bierając człowieka wielkiego formatu i potencjału intelektualnego, o czym rozpisywała się ówczesna prasa.
Informując o tym smutnym wydarzeniu podkreślano wielkość zmarłego, jego naukowe zaangażowanie i szczere oddanie sprawie budowania Chrystusowego królestwa:

Biskup śląski Ks. Dr. Arkadjusz Lisiecki w nocy z dn. 12 na 13 bm./maja/ rozstał się z tym światem. Śp. Ks. Biskup zmarł na posterunku. Nie zważając na poważne zasłabnięcie, datujące się od kilku dni, w poniedziałek wyjechał na wizytację pasterską do Cieszyna. Do późna w nocy pracował. Po ostatniej konferencji z księżmi katechetami udał się na spoczynek, polecając obudzić się o godz. 6-ej rano. Służący zastał go bez oznak życia. Przywołany lekarz skonstatował, że śmierć nastąpiła nagle wskutek udaru serca (…).

W wolnych chwilach od pracy pasterskiej Ks. Biskup Lisiecki pracował naukowo, dając się poznać jako wybitny znawca historji Kościoła, zwłaszcza pierwszych wieków chrześcijaństwa, oraz archeologji chrześcijańskiej. Uniwersytet Jagielloński w uznaniu jego zasług dla nauki w grudniu r. ub., w 25-tą rocznicę kapłaństwa, obdarzył Go doktoratem honoris causa (…). (…) Przedwczesna śmierć zabrała z grona naszego Episkopatu Pasterza według myśli Chrystusowej, diecezji śląskiej ubył kochający ją ojciec, Ojczyzna poniosła stratę przez odejście jednego z najlepszych jej synów. Niech odpoczywa w pokoju Bożym po trudach ziemskiego życia![5]

Trumna została złożona w bocznej kaplicy kościoła św. Piotra i Pawła w Katowicach, a 23 listopada 1991 roku zmarły znalazł swój ziemski spoczynek w krypcie katedry Chrystusa Króla. Felicja Pająk

Felicja Pająk

[1] Ks. F. Maroń, Historia Diecezji Katowickiej
[2] Bp Lisiecki – Pierwszy List Pasterski, w: biblicum.my.wiara.pl/temat/kurs-zasadniczy/iv-edycja/wyklady/522-bp-lisiecki-pierwszy-list-pasterski
[3] Bp. Lisiecki, List Pasterski z 15 lutego 1928 r. w: biblicum.my.wiara.pl/temat/kurs-zasadniczy/iv-edycja/wykladowcy/523-bp-arkadiusz-lisiecki
[4] Krystyna Heska-Kwaśniewicz, Zofia Kossak o katowickich biskupach: Arkadiuszu Lisieckim i Stanisławie Adamskim
[5] Dzwon Niedzielny. 25 maja 1930, nr 21