Grudzień 2024 10(143)

W numerze:

  • Wydarzenia parafialne. Barbórka
  • Słowo księdza proboszcza.. Czas kolędy…
  • Prawdy katechizmowe. Grzech zuchwały
  • Przyjąć nowe życie jak Maryja
  • Dzieciątko Koletańskie
  • O tym, jak Dzieciątko na Kopiej Górce zamieszkało…
  • Młodzi młodym. Odkryj w sobie talent
  • Pieśni liturgiczne. Zawsze wtedy jest Boże Narodzenie
  • Ksiądz, który pisze wiersze
  • Krzyża Znak naszą chlubą – przedruk z parafialnego albumu.
    • Służba parafialna.
    • Budowa kościoła
  • O zabytkach naszej parafii, jak i o perełkach Rudy Śląskiej z Miejskim Konserwatorem Zabytków 
  • Krzyża Znak naszą chlubą – przedruk z parafialnego albumu.
    • Służba parafialna.
    • Budowa kościoła
  • Kalendarz wydarzeń parafialnych
      • Akademia biblijna cz. 11
      • Na jarmarku w Wiedniu
      • Statyska
  • Z życia parafian. Rekolekcje dla mam
  • O śląskim „Drapaczu Chmur”. Cz. X.
  • Wiadomości z Syberii. Listy o. Artura
  • Wiadomości szkolnej społeczności.
  • Wierzyć z dziećmi.
    • Opowiadanie dla dzieci. Osiem rodzajów szczęścia. Radość Druga
    • Zadania
  • Fotokronika parafialna
  • Ostatnia strona – zdjęcia z Mikołaja
Czas kolędy…

Jesteśmy w trakcie odwiedzin duszpasterskich zwanych kolędą. Nie chcemy zrezygnować z tej tradycji. Wiemy, że są parafie, nawet całkiem blisko nas, w których kolęda działa tylko na specjalne zapisy. Są też parafie, w których kompletnie zrezygnowano z tego zwyczaju. My rezygnować nie chcemy. Tym bardziej, że liczba wpuszczeń stale jest u nas bardzo wysoka. I dotyczy to naszych parafian mieszkających tutaj od pokoleń, jak i tych, którzy przybyli całkiem niedawno. Nie jest dobrze rezygnować z naszych zwyczajów, które były budowane od dawna. Zniszczyć tradycję można w jednej chwili, ale stworzenie czegoś nowego to kwestia wielu, wielu lat, a i tak nie wiadomo, czy cokolwiek się uda. Warto dodać, że kolęda to nie tylko nasz zwyczaj. Mój przyjaciel ks. Rafał, który od wielu lat posługuje w diecezji Asyż we Włoszech, także udaje się na taką kolędę. Nosi ona w Italii nazwę błogosławieństwa domów. Rozpoczyna się – co nas może dziwić – w Środę Popielcową i trwa przez Wielki Post. Kapłan chodzi ulicami i błogosławi domy. Sam widziałem w Bolonii naklejone na elewacjach domów informacje, kiedy w tym miejscu, na tej ulicy, odbędzie się błogosławieństwo. Co ciekawe, wszyscy wpuszczają księdza na błogosławieństwo, zdarza się, że czasami nawet muzułmanie.

Wracając do naszej kolędy. Te odwiedziny mają wiele aspektów. Począwszy od poświęcenia domów i ich mieszkańców. Przez wspólną rodzinną modlitwę. Być może jest to czasami jedyny moment w ciągu roku, kiedy dzieci mogą zobaczyć i usłyszeć modlącego się rodzica. Ważnym aspektem jest też kontekst materialny. W ubiegłym roku dla naszej parafii dzięki kolędzie otrzymaliśmy czterdzieści tysięcy złotych. To bardzo poważny zastrzyk finansowy. Podobnie ministranci chodzący po kolędzie. Oprócz góry słodyczy otrzymują do skarbonki także pieniądze. Z tych środków finansowane są wycieczki, nowe alby, w których służą chłopcy przy ołtarzu, a także różne wydarzenia.

To co w kolędach jest jednak najpiękniejsze, to możliwość spotkania księdza z parafianami. Niekiedy chwila rozmowy, bycie po prostu razem pozwala na to, aby się ze sobą oswoić czy przełamywać lody. Dzięki temu – być może – czasami człowiekowi łatwiej jest zwrócić się w jakiejś sprawie do księdza, a może ktoś cieplej pomyśli o Kościele. Oczywiście niekiedy trzeba też wysłuchać różnych żalów: i takich jak najbardziej życiowych, ale też takich, które są związane z życiem parafii czy Kościoła. I to jest bardzo ważne. Kolęda też jest po to, aby „wylać” z siebie to, co leży na sercu. Czasami takie rozmowy jeszcze bardziej zbliżają. A ostatecznie o to właśnie w Kościele chodzi. Aby budować relacje, dzięki którym możemy we wspólnocie Kościoła, w parafii, w budynku kościoła poczuć się bardziej razem, bardziej u siebie. Jak w domu.

ks. proboszcz Leszek Makówka

O tym, jak Dzieciątko na Kopiej Górce zamieszkało… 

Jesienią tego roku po pobycie na Kopiej Górce postanowiłem zgłębić historię tego miejsca. Słuchając wspomnień Doroty Seweryn, dowiedziałem się o historii Dzieciątka przybyłego na Kopią Górkę. Ta niesamowita opowieść urzekła mnie na tyle, że postanowiłem się z nią podzielić z czytelnikami Znaku Krzyża.

Oto opowieść pani Doroty:

W październiku 1981 roku, a więc bezpośrednio przed wybuchem stanu wojennego w Polsce, na Kopią Górkę podjechał samochód na niemieckich numerach rejestracyjnych, z którego wysiadły dwie siostry zakonne. Ojciec Franciszek Blachnicki od razu rozpoznał, że są to siostry z Ewangelicznej Wspólnoty Sióstr Maryi z Darmstadt, gdyż odwiedził je jakiś czas temu barwnie opowiadając o Ruchu Światło-Życie, o Kopiej Górce oraz oczywiście zaprosił je do nas. Jak się okazało, były to siostry Eulalia i Ansgara. Ojciec Franciszek zaprosił je na kolację. Zanim siostry zasiadły do stołu, powiedziały, że mają jeszcze kogoś w samochodzie. Po chwili przyszły, niosąc dziecko w poduszce. Położyły to dziecko na dużym stole i wszyscy zasiedliśmy do kolacji. Myśmy byli bardzo zdziwieni, że siostry przyjechały z małym dzieckiem. Tym dziwniejsze było, że to dziecko nie ruszało się ani nie płakało. Siostry, widząc nasze zakłopotanie, od razu wyjaśniły, że to Dzieciątko. To zdziwiło nas jeszcze bardziej. Z Dzieciątkiem w październiku? Widząc malujące się na naszych obliczach zdziwienie, opowiedziały nam historię o Dzieciątku. I o tym, dlaczego oddają Mu tak wielką cześć. 

Ich wspólnota zaczęła się tworzyć w 1944 roku w chwili, gdy w Niemczech miały miejsce największe bombardowania. Dwie młode studentki Klara Schlink, późniejsza matka Bazylea, oraz Erika Matthaus, późniejsza matka Martyria, wraz z innymi koleżankami, również studentkami, widząc tę straszną wojnę, którą rozpętał Hitler, zaczęły się gromadzić na modlitwie za Niemcy, przepraszając Boga za to całe zło i z tych spotkań powstało Ewangeliczne Zgromadzenie Sióstr Maryjnych. Zgromadzenie to zaczęło wspólne życie w jednym mieszkaniu. Po pewnym czasie siostra Bazylea spostrzegła, że wszystkie siostry, które wchodziły do zgromadzenia, stawały się smutne. Nie było w nich entuzjazmu ani radości. Założycielka nie wiedziała, skąd pochodzi ten smutek. Pewnego dnia, wracając z miasta, przywiozła figurę Dzieciątka Jezus. Siostry zabrały jej Dzieciątko z rąk i zaczęły je nosić, kołysać, zaczęły Mu śpiewać, jakby miały do czynienia z prawdziwym małym Dzieckiem. Od tego momentu opanowała je zupełnie nieoczekiwana radość, która do tej pory jest cechą tego zgromadzenia. Matka Bazylea odczytała to jako znak. To mały Jezus sprawił w nich dziecięcą radość. Od tego też czasu oddają Dzieciątku szczególną cześć, adorują Je i wypraszają u Niego wszelkie łaski. Powiedziały też, że nie ma takiej rzeczy, jakiej by u Dzieciątka nie uprosiły. Gdy była jakakolwiek potrzeba, brały one Dzieciątko na ręce, tańczyły z Nim i przedstawiały Mu swoje prośby. Nie było sytuacji, w której Dzieciątko by ich nie wysłuchało. Zabierały je też wszędzie, dokąd się udawały. 

W czasie kolacji siostry zobaczyły, że nasz ojciec jest poważny i zamyślony. Zapytały więc o przyczynę. Ojciec Franciszek powiedział im wtedy, że ma do jutra uregulować potężną ratę pożyczki związaną z kupnem domu w Krakowie, a jeszcze nie wie, skąd weźmie na to pieniądze. Siostry od razu odparły, aby tym się nie zamartwiał i jedna z nich wzięła na ręce Dzieciątko, zaczęła je kołysać i wyśpiewywać prośby o pieniądze dla księdza. My nie byłyśmy przyzwyczajone do takiego uzewnętrzniania swojej wiary, więc nas to trochę zdziwiło. Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy, co o tym myśleć. Ku naszemu osłupieniu po kilku godzinach zadzwonił telefon, po czym przekazano nam informację, że jutro ma się ksiądz udać do Krakowa, gdyż pewna osoba chce się z nim spotkać. Jak się później okazało, była to osoba, która przywiozła ojcu akurat taką sumę pieniędzy, jaka była potrzebna do zapłaty raty za dom. Zrozumieliśmy wtedy, że na naszych oczach dokonał się cud, który uczyniło Dzieciątko. Siostry były u nas kilka dni. Pod koniec ich pobytu w Krakowie miała się rozpocząć prowadzona przez ojca Franciszka Oaza Modlitwy i siostry postanowiły w niej uczestniczyć, po czym dodały, iż z Krakowa bezpośrednio udają się do siebie, do Niemiec. Po przybyciu do Krakowa położyły Dzieciątko w odpowiednim miejscu i uczestniczyły w zajęciach. Kiedy przyszedł czas ich wyjazdu do domu, okazało się, że Dzieciątko gdzieś zaginęło. Wszyscy pytali jeden drugiego, ale nikt nie potrafił odpowiedzieć, gdzie może być. Poszukiwania były bezskuteczne. Siostry były smutne, że muszą wracać bez Dzieciątka, ojciec Franciszek też czuł się nieswojo z tego powodu. Po kilku dniach od momentu wyjazdu sióstr Dzieciątko się odnalazło. Po prostu ktoś je przyniósł do naszego domu w Krakowie. Do dzisiaj nie wiadomo, kto je zabrał i kto je potem oddał. Ojciec od razu skontaktował się z siostrami, pytając, w jaki sposób zwrócić im Dzieciątko, tym bardziej że nasz wyjazd za granicę był wówczas niemożliwy. Siostry powiedziały wtedy, że skoro tak się stało, to znaczy, że Dzieciątko chciało u nas pozostać. Bardzo nas to ucieszyło. Od tego momentu każdego roku w okresie Bożego Narodzenia kładziemy Dzieciątko w kaplicy na Kopiej Górce, po czym na różnego rodzaju rekolekcjach opowiadam zgromadzonym historię Dzieciątka. Śpiewając kolędy, zachęcamy ich, by brali Dzieciątko na ręce i powierzali Mu w sercu swoje potrzeby. Niektórzy powiadamiają nas później o wysłuchanych prośbach. Stało się tak na Oazie Rekolekcyjnej Diakonii Jedności prowadzonej przez ks. Marka Boruca. Ksiądz Marek krępował się wśród obecnych wziąć Dzieciątko na ręce. Po powrocie do siebie do Siedlec opowiedział o tym, że kiedy kaplica opustoszała, wziął Dzieciątko na ręce, przytulił Je i powierzył Mu swoją prośbę. Po powrocie do domu otrzymał telefon od biskupa, aby do niego przyjechał. Nie wiedział, o co chodzi, a gdy tam się udał, biskup zapytał go, czy ma jakieś potrzeby. Wtedy odpowiedział, że chce zorganizować Oazową Diakonię Animatorów dla młodzieży, którą musi doinwestować, a nie ma na to pieniędzy. Biskup przyniósł mu potrzebne pieniądze. A właśnie z tą prośbą zwrócił się wówczas do Dzieciątka. 

Tyle ze wspomnień pani Doroty, ale ta historia nie ma końca. Ona trwa nadal. Trwa od przeszło 2000 lat. Ten mały Pan Jezus pokazuje nam, że mamy się do Niego zwracać w taki sposób, w jaki On przyszedł do nas. Uniżył się do poziomu małego, wymagającego opieki niemowlęcia, które pragnie, aby Je nosić na rękach, przytulać, śpiewać. Tego mały Jezus oczekuje od nas, abyśmy tulili Go jak siostry z Darmstadt, powierzając Mu swoje potrzeby, jakie by one nie były. Chodzi o to, byśmy stali się bezradni jak dzieci, które w pełni oddają się swoim rodzicom i od nich oczekują wszystkiego. To małe Dzieciątko chce, byśmy skupili na Nim pełnię naszej uwagi. Pan Jezus jest miłością i tak jak rodzice tulą i kochają swoje dziecko, kocha nas i pragnąc naszego dobra z pewnością na powierzone prośby odpowie. Na koniec pani Dorota prosiła, by napisać, że mały Jezus nie chce być znieważany, byśmy – trzymając Go na rękach – mieli świadomość tego, że posiadamy największy Skarb. Skarb, który, przemieniając nasze życie na lepsze, będzie się stawał źródłem naszej radości tak jak u sióstr z Darmstadt.

Wspomnienia Doroty Seweryn – jednej z założycielek Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła, która poświęciła się w służbie Ruchu Światło-Życie, tworząc go z ks. Franciszkiem Blachnickim,
spisał Adam Rozmus

O zabytkach naszej parafii, jak i o perełkach Rudy Śląskiej z Miejskim Konserwatorem Zabytków

Kilka lat temu zostałam obdarowana niezwykle interesującą pod względem treści i grafiki miejską publikacją „Spacerownik po Rudzie Śląskiej”. Przyznaję, książka zrobiła na mnie spore wrażenie. To – pomyślałam sobie – obowiązkowe dla każdego rudzianina kompendium wiedzy, które promuje to co wartościowe i piękne w naszej małej ojczyźnie, jej industrialny charakter, historię, zabytki, ale też wielkich ludzi, którzy w dużej mierze odcisnęli swoje piętno w kształtowaniu tych trzech wcześniej wymienionych zakresów. A to co mnie szczególnie zainteresowało, nawet połechtało moją lokalną dumę, to dwa ostatnie podrozdziały części „Trasy po dzielnicach” zatytułowane „Zakamarki Kłodnicy” i „Malownicze zakątki Kuźnicy”… Dziś mam okazję porozmawiać z Tobą, autorką tej świetnej publikacji, zacznę więc prowokacyjnie: dlaczego aż dwa podrozdziały? Czy te nasze tereny są na tyle interesujące, by opisać je osobno? 

Przyglądając się historii osadnictwa na tym terenie, sięgamy bardzo daleko w przeszłość. Wiemy, że już w średniowieczu znajdowały się tu kuźnie żelaza, wokół których narosła infrastruktura mieszkalna i usługowa, co dało asumpt do rozwoju osad. Stara Kuźnica i Kłodnica są według mnie przestrzennie wyodrębnione, każda ma swoją specyfikę, dlatego postanowiłam tereny te w Spacerowniku oddzielić również od Halemby. Wydawało mi się, że wrzucenie tych trzech obszarów do przysłowiowego jednego worka byłoby pozbawieniem głosu tych pierwotnych osad i pominięciem zróżnicowanych aspektów ich rozwoju, które przełożyły się na ich dzisiejszy wygląd i funkcjonowanie. 

Na co więc zwrócić szczególną uwagę, przechadzając się po naszej parafii? Użyję słowa „parafia”, bo łączy ono kłodniczan z kuźniczanami. Czy są na terenie naszej parafii zabytki o charakterze wyjątkowym?

Kłodnica to dla mnie zupełnie niespodziewane zagłębie architektury modernistycznej. Mamy szkołę, która jest z końcówki lat 30., i mamy budynek biblioteki, który ma ciekawą, modernistyczną formę. Bardzo interesująco prezentuje się także całe założenie związane z kościołem, można powiedzieć, że operuje formami postmodernistycznymi. Poleciłabym właśnie te trzy obiekty do kontemplacji i uwagi, bo jadąc w takie miejsca jak Kłodnica, gdzie mamy do czynienia w dużej mierze z tradycyjną zabudową usytuowaną wzdłuż ulic, nie spodziewamy się zobaczyć architekturę tego typu. 

Przyznaję, że obiekty te nigdy mojej szczególnej uwagi nie przyciągały. Wręcz przeciwnie, architektura ta w moim odczuciu przypomina raczej prostą bryłę…

Owszem, to proste bryły, jednakże w bardzo przemyślany sposób komponowane. W przypadku szkoły pojawiają się charakterystyczne dla modernizmu pasy okien, płaski dach oraz ciekawie opracowany ceglany cokół. Elementy te sprawiają, że budynek zyskuje horyzontalny wymiar, jego architektura jest czytelna i graficzna. W bibliotece pięknym przykładem nowoczesnych rozwiązań jest wysunięcie na froncie, przez co ta „bryła” wydaje się bardzo dynamiczna. To też jest dosyć niespotykane, bo o wiele prościej było wybudować po prostu płaską ścianę. W tym budynku dawniej znajdowała się Ochotnicza Straż Pożarna, stąd te duże okna, pełniące niegdyś funkcję bram garażowych dla wozów gaśniczych. Przejdźmy jeszcze do kościoła. Samo założenie kłodnickiego kompleksu parafialnego jako zespołu obiektów zatopionych w zieleni jest bardzo ciekawe. Założenie to przygotowane zostało z dużą dozą wrażliwości na otoczenie składające się na ten kompleks, obiekty te nie są przeskalowane, ich formy są atrakcyjne, ale jednocześnie bardzo proste, czyste. To przykład architektury operującej bardzo ciekawą formą, powiedziałabym formą nieprzegadaną. 

W „Spacerowniku” przeczytamy też o kapliczce św. Józefa przy ulicy Kaczmarka, i o „Placu Wolności”, czyli obszarze leżącym w okolicy mostu, niedaleko którego w XIV wieku powstała jedna z najstarszych na Górnym Śląsku kuźni żelaza. Na Starej Kuźnicy mamy dwa obiekty sakralne, niezwykle ważne dla naszej społeczności: krzyż oraz kapliczkę kubaturową. W książce piszesz, że kapliczkę wzniesiono w miejscu niewielkiego cmentarza, na którym grzebano ofiary cholery lub tyfusu. Czy wiemy coś więcej na ten temat?

Informację tę wyciągnęłam ze źródeł bibliograficznych, z których czerpałam wiedzę do Spacerownika. Faktem jest, że kapliczki kubaturowe i krzyże były bardzo często stawiane w miejscach masowych pochówków. Jest duże prawdopodobieństwo, że tak faktycznie i w tym przypadku było. Wiemy z historii, że praktyka upamiętniania mieszkańców osad, którzy zmarli w trakcie epidemii, za pomocą obiektów takich jak krzyże czy kapliczki była często stosowana. 

Zanim przejdziemy do ogólnomiejskich zabytków, chciałabym Cię jeszcze zapytać o nasz piękny zameczek leśny nazywany Waldschlossem. Obiekt aktualnie jest w rękach prywatnych, więc o jego zaadaptowaniu przez miasto na chwilę obecną mowy być nie może. Powiedz mi jednak, co sądzisz jako specjalista o wartości tego obiektu.

Jest to obiekt bardzo dobrej klasy architektonicznej. Jego stan nie wydaje się najgorszy, z zewnątrz bryła jest zachowana, spójna, zwarta. To budynek o tyle wdzięczny pod wszelkie prace adaptacyjne, że posiada dużą kubaturę oraz znajdujący się za nim ogród. W przyszłości mógłby zostać przekształcony na różne cele – działalność usługową, lokalne centrum kultury, przedszkole, klub młodzieżowy… Powierzchnia sprawia, że funkcji mogłoby być kilka. Myślę, że temat zameczku jest rozwojowy, na pewno szkoda byłoby ten obiekt stracić. Z architektonicznego punktu widzenia zameczek pięknie domyka ulicę Piotra Skargi. To architektura dobrego gatunku i jeden z nie tak licznych w naszym mieście przykładów secesji. 

Z czego my rudzianie powinniśmy być szczególnie dumni, jeżeli chodzi o zabytki? Co nas wyróżnia od innych śląskich miast? O którym z obiektów każdy z nas, mieszkańców, powinien wiedzieć? Proszę Cię o listę takich TOP 3 miejsc.

Zacznę bardzo niestandardowo, że naszym TOP 1, z czego powinniśmy być dumni, to nie materialny obiekt, a raczej niematerialne dziedzictwo. Ogromną wartością naszego miasta jest to, że bardzo dużo osób zna język śląski i na co dzień się nim posługuje, to, że mamy bardzo dobrze zachowane tradycje i szacunek do przeszłości, cenimy sobie przodków. To wydaje mi się naszym największym potencjałem kulturowym, bo za tym dopiero idzie dbałość o otoczenie materialne. Dobrym przykładem jest to, co teraz dzieje się na Szybie Franciszek w Rudzie. Wszystkie działania realizowane tam przez miasto nie miałyby miejsca bez zaangażowania lokalnej społeczności. Siła płynąca z poczucia naszej obecności w tym miejscu, spuścizna historyczna ma dużą wartość i napędza działania ściśle konserwatorskie. Tak też rozumiem moją misję jako dbałość o to, by ludzie mieli jak i gdzie podtrzymywać swoje tradycje i spuściznę swoich przodków. My mamy fantastyczne poczucie dumy z bycia rudzianinem, Ślązakiem. To jest nasze miejsce na ziemi. Jeżeli zaś chodzi już o same obiekty, to może wyróżnię je pod względem epokowym. Na pewno z takich XIX-wiecznych perełek na szczególną uwagę zasługuje wspomniany już zespół Szybu Franciszek (ul. Szyb Bartosza odchodząca od ulicy Piastowskiej, zaraz za wiaduktem, niedaleko dworca kolejowego). To zespół, który powstał z niezwykłą dbałością o detale architektoniczne, zupełnie niespotykaną. Tam dokonano dosłownie szaleństwa architektonicznego, jeżeli chodzi o elementy dekoracyjne. Aktualnie jest to plac budowy. Większość tego kompleksu zostanie już wyremontowana do końca 2027 roku. 

Na co dokładnie zaadaptowane zostaną remontowane obiekty?

Już w przyszłym roku na miejscu otwarte zostanie Lokalne Centrum Tradycji, miejsce poświęcone niematerialnej kulturze Górnego Śląska. To będzie ciekawostka na mapie całego regionu, bo o ile mamy bardzo dobrze wsparte komponenty infrastrukturalne, które reprezentuje chociażby Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu czy Muzeum Hutnictwa w Chorzowie, to opowieść związana z takim normalnym życiem Ślązaków znajdzie miejsce właśnie u nas, w Rudzie Śląskiej. Poza tym sam szyb, nadszybie i budynek maszyny wyciągowej adaptowane będą na mieszkania wspomagane, skierowane do osób starszych, z wykluczeniami ruchowymi. Remont zespołu Szyb Franciszek zakłada też budowę mieszkań komunalnych. 

Wróćmy do naszej listy TOP zabytków. Co jeszcze jest bliskie Twojemu sercu?

Ja jestem wielką fanką dawnego ratusza w Wirku (dawny sąd rejonowy). To obiekt międzywojenny zaprojektowany przez Tadeusza Michejda, jednego z najlepszych śląskich architektów tego okresu. To jedyny w mieście przykład zastosowania rozwiązań art deco. Budynek wydaje się niepozorny, jednak formy architektoniczne, operujące motywem trójkąta (co widać w podcieniach od frontu czy w formie drzwi wejściowych), czynią obiekt niezwykle dekoracyjnym. Są zresztą bardzo charakterystyczne dla tego stylu. Myślę, że to nasza perełka, z której możemy być dumni. Kolejną perełką niewątpliwie jest Wielki Piec Huty „Pokój”.

Kiedy obiekt ten będzie dostępny do zwiedzania?

W tym roku najprawdopodobniej podpiszemy umowę z wykonawcą prac remontowych, pozyskaliśmy dofinansowanie i liczymy na to, że prace będą szły sprawnie i wkrótce będziemy mogli zaprosić ludzi na zwiedzanie tego obiektu. Wyremontowany obiekt będzie posiadał nie tylko przestrzeń muzealną, ale będzie również siedzibą Centrum Transformacji. Co do tej listy TOP wspomnę jeszcze o jednym, może mniej znanym miejscu – Koksowni Orzegów. Miejsce to odrodziło się praktycznie z całkowitej ruiny, było całkowicie zapomniane. Dzięki rekultywacji tego terenu udało się Koksownię Orzegów włączyć na nowo w miejską przestrzeń, nadać jej nową wartość. 

Wymieniłaś trzy obiekty industrialne związane z koksownią, kopalnią, hutą, to bardzo znamienne dla naszego miasta, naszej historii. Na koniec może kilka słów o koloniach robotniczych, których w naszym mieście wiele, tak jak wiele jest przykładów architektury, jakie reprezentują.

Rzeczywiście, rudzkie kolonie robotnicze to jedne z najciekawszych na całym Górnym Śląsku. Z tych najbardziej znanych wymienić możemy osiedle Staszica, Wolności, Kościelna czy Carl Emmanuel w Rudzie, kolonia przy ulicy Tunkla i przy ulicy Radoszowskiej. Ruda Śląska jest miastem, które może na podstawie swoich obiektów pokazać przekrojowo, jak takie osiedla robotnicze dawniej wyglądały. Nie możemy nie wspomnieć też o osiedlach Kaufhaus i Werdon czy też powojennych fińskich domkach, które pierwotnie przecież miały być tymczasowe, a służą po dziś dzień.

Serdecznie Ci dziękuję za rozmowę. Naszych czytelników odsyłam po garść informacji na stronę miejską, gdzie o wszystkich opisywanych miejscach przeczytać możemy w elektronicznej wersji „Spacerownika po Rudzie Śląskiej”: www.rudaslaska.pl/ruda-slaska/odkryj-rude-slaska/spacerowniki.

Z Martą Lip-Kornatką, Miejskim Konserwatorem Zabytków w Rudzie Śląskiej
rozmawiała Dominika Rusin