CZERWIEC 2023 6(129)

W numerze:

  • Wydarzenia parafialne – zdjęcia z procesji Bożego Ciała oraz z Wczesnej Komunii św.
  • Słowo ksieza proboszcza. Skąd biorą się własne pieniądze księdza?
  • Prawdy wiary. Dogmaty ogłoszone w XIX i XX w.
  • Jak Medalik Niepokalanego Poczęcia stał się Cudownym Medalikiem
  • Kefas – historia miłością pisana
  • Święty Józef wzorem ojcostwa
  • Jake te Ślōnzoki sōm? O tradycyjnej śląskiej rodzinie
  • Wychowanie do odpowiedzialności
  • Chodź z nami!. 44 Halembska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę – zaproszenie
  • Unikatowe osiedla górnicze
  • Kalendarz wydarzeń parafialnych
    • Pielgrzymka śladami bł. ks. Jana Machy
    • Festyn parafialny
  • Statystyka – maj/czerwiec 2023
  • Aby upamiętnić…
  • Wiadomości z Syberii. Listy o. Artura
  • Wiadomości szkolnej społeczności. Radosna końcówka roku
  • Czy wiesz, że…
  • Fotokronika parafialna
  • Ostatnia strona – zdjęcia z festynu parafialnego

Skąd biorą się własne pieniądze księdza?

Ostatnio wiele osób pyta mnie, skąd biorą się własne pieniądze księdza.
No to odpowiadam. W naszej diecezji istnieją szczegółowe ustalenia w tej kwestii. Nie dotyczy to pieniędzy pochodzących z innych źródeł niż kościelne, np. z tytułu uczenia w szkole, pracy na wyższej uczelni, pisania artykułów itp. Trzeba też dodać, że pieniądze zbierane podczas mszy św. jako tak zwana kolekta przeznaczane są na konkretne cele. Połowa z nich wędruje poza parafię. Są przeznaczane np. na archidiecezję, seminarium, wydział teologiczny, Caritas, misje oraz inne zbiórki. Druga połowa kolekt przeznaczona jest na parafię. Podobnie pieniądze składane do koszyczka przed ołtarzem. Osobiste pieniądze przeznaczone dla księdza pochodzą ze sprawowanych sakramentów, przede wszystkim mszy św., z okazji których wierni składają zazwyczaj ofiarę pieniężną. I jest tu dokładny schemat podziału. W ciągu tygodnia ksiądz może otrzymać część takiej ofiary tylko z jednej sprawowanej mszy św., niezależnie od tego, czy mszy w ciągu dnia sprawuje więcej, np. dwie albo trzy. Z tej jednej nie otrzymuje jednak całości, ale 5/8. Pozostałe 3/8 przeznaczane są na parafię. Jeśli ksiądz w tygodniu sprawuje więcej mszy św., to ofiary z nich dzielone są pomiędzy parafię i archidiecezję. Z kolei w niedziele albo święta system jest jeszcze bardziej skomplikowany. Z pierwszej sprawowanej mszy św. ksiądz otrzymuje 5/8, reszta wędruje do kasy parafialnej. Z drugiej mszy św. 2/3 z 5/8. Z trzeciej nic. No to można wziąć w ręce kalkulator zacząć liczyć. Trochę to skomplikowane. Podobny podział dotyczy także innych sakramentów, z okazji których wierni składają ofiary pieniężne, np. z okazji chrztu św. Jeszcze inny podział następuje w przypadku pogrzebu. Najpierw z ofiary pieniężnej wydzielamy 600 zł. Jest to opłata związana z rezerwacją miejsca na cmentarzu na 20 lat, bo tak przewiduje ustawa. Skoro na naszym kłodnickim cmentarzu ofiara za rok wynosi 30 zł, to pomnożywszy tę liczbę przez 20 otrzymujemy wspomniane 600 zł. Z pozostałej części wydzie- lone zostaje stypendium mszalne, część dla parafii i część dla księdza odprawiającego pogrzeb. Całość zamykają wpływy z kolędy, jeśli takowa jest dalej praktykowana. I tu działają podobne mechanizmy, przy czym zasadnicza część wędruje do kasy parafialnej, druga dla księdza i pozostała na rzecz
archidiecezji. Przyznajcie, że jest to skomplikowane! Oczywiście wspomniane przychody księdza nazwijmy wartością brutto,
bo z nich należy odprowadzić różnego rodzaju podatki i zobowiązania. Najpierw na rzecz państwa, czyli ZUS i zryczałtowany podatek dochodowy. Następnie kościelne. Każdy czynny ksiądz zobowiązany jest do ściśle określonych wpłat na rzecz seminarium, misji oraz wspieranie księży emerytów. Do tego dochodzi jeszcze precyzyjnie określona wpłata za utrzymanie na probostwie. I tak to wszystko wygląda.

ks. proboszcz Leszek Makówka

Kefas – historia miłością pisana

Szymon Piotr, pierwszy z apostołów. Człowiek pełen pasji i oddania, człowiek zaangażowany, ale też upadający i wątpiący. Ewangelie rysują przed nami postać człowieka, nie świętego. Mówią nam o spotkaniu, przywiązaniu, o relacji, o olbrzymiej łasce i wzajemnej miłości. Dalej mówią też o wyparciu się, upadku, jak i o wewnętrznym rozdarciu. Jezus, Bóg, powołał rybaka z Galilei, aby ten pasł Jego baranki. Nim jednak ostatecznie to uczynił, dał się mu poznać, jadł z nim przy jednym stole, mieszkał pod jednym dachem, przez trzy lata wspólnie przemierzali kilometry ziemi Izraela. To był proces. Do głębokiej relacji potrzeba bowiem przyjaźni, a ta rodzi się latami. Na kilka dni przed wspomnieniem Świętych Piotra i Pawła (29 czerwca) chciałabym na chwilę pochylić się nad historią pierwszego z apostołów, spojrzeć na pewne wydarzenia związane z jego przemianą, wydarzenia sprzed słów, które były ostatecznym tak na drodze stawania się Kefasem: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham.

Szymon Piotr pochodził z Betsaidy, położonej na wschodnim brzegu Jeziora Galilejskiego. Był Żydem, synem Jana. Tak jak każdy Żyd czekał na zapowiadanego przez proroków Mesjasza, który miał wyzwolić Izraela spod okupacji. Przynieść chwałę. W czasach Szymona Piotra Galilea uważana była za „ciemnogród” intelektualny i duchowy w porównaniu z Judeą. Rejon ten był silnie hellenizowany, kultura żydowska mieszała się z grecko-rzymską. Także imiona Szymon i Andrzej są imionami greckimi. Niewykluczone, że Piotr mówił dobrze po grecku. W czasach gdy poznał Jezusa, był już żonaty i mieszkał w Kafarnaum, położonym na północnym brzegu jeziora. Trudnił się rybołówstwem. Pracował na własną rękę, wraz z synami Zebedeusza. Znał się na swoim fachu. Rybacy w tamtych czasach mieli się całkiem dobrze, jako swego rodzaju klasa średnia nie przymierali głodem. Kiedy pierwszy raz usłyszał Pójdź za mną, mógł być po trzydziestce, człowiek z doświadczeniem, poukładanym życiem, pomysłem na siebie. Kochał piękną Galileę, tam wzrastał, dojrzewał, realizował się, był człowiekiem „na swoim miejscu”.

W Ewangelii Jana czytamy, iż pierwsze spotkanie Jezusa z Szymonem Piotrem odbyło się w Judei za pośrednictwem Andrzeja, jego brata, który był uczniem Jana Chrzciciela. To on zaprowadził przyszłego Kefasa do Baranka Bożego. Znaleźliśmy Mesjasza – oznajmił bratu i dosłownie przyprowadził go do Jezusa, a ten, spojrzawszy na niego, oznajmił mu: Ty jesteś Szymon, syn Jana; ty będziesz nazywał się Kefas. W tym momencie, bez większej inicjatywy Szymona Piotra, rozpoczęła się jego droga z Mistrzem. Po tych wydarzeniach, jak napisał Jan, Jezus postanowił udać się do Galilei. Marek Ewangelista mówi nam, że po uwięzieniu Jana Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Przytacza historię uzdrowienia teściowej Szymona Piotra, która leżała w gorączce. Do jego domu w Kafarnaum, jak pisze, Jezus wraz z Jakubem i Janem udał się zaraz po wyjściu z synagogi. Tego dnia, z nastaniem wieczora, do domu Szymona Piotra przynoszono wielu chorych i opętanych, a Jezus ich uzdrawiał. Szymon Piotr widział, co się działo, widział cuda. Widział jak zwykły, a zarazem niezwykły jest Jezus. Ten Jezus, który jadł z nim przy jednym stole. Fascynował go. Co więcej, mógł poczuć się uczestnikiem rosnącej Jego „sławy”. Jego dom stawał się sławny. I nagle o świcie usłyszał od swego Mistrza: Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości… Jezus jak postanowił, tak też zrobił. Co na to Szymon Piotr? Czy już wtedy był przygotowany na taki obrót sprawy?

Moment powołania Szymona Piotra każdy z ewangelistów opisuje w inny sposób. Najbardziej obrazowy opis znajdujemy u św. Łukasza. Piotr już zna Jezusa, który gości w jego domu. Pewnego poranka Jezus naucza nad jeziorem. Tłumy napierają. Widzi łodzie i rybaków płuczących swe sieci. Wchodzi do łodzi Szymona Piotra i prosi go, by ten trochę odbił od brzegu. Rybak spełnia prośbę. Przed chwilą jeszcze pracował, dobił do brzegu po ciężkiej nocy i kto wie, może myślał tylko o tym, by się położyć. Jest jednak teraz w łodzi z Jezusem. Po chwili słyszy, by wypłynąć i zarzucić sieci. Zmęczony próbuje tłumaczyć, zapobiec temu wariactwu: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili, ostatecznie zgadza się – Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Podkreśla jednak: to nie mój, a Twój pomysł! Wiemy, jak kończy się ten połów, mnóstwem ryb. Po nim zaś Szymon Piotr przypada do kolan Jezusowi i wyznaje, że jest człowiekiem grzesznym. Prosi, by Jezus odszedł. Szymon widzi, że jest słaby, truchleje przed tym cudem. Przyznaje się do swojej biedy i to w tym momencie słyszy: Nie bój się. Odtąd ludzi będziesz łowił. Podejmuje decyzję. Razem z towarzyszami dobijają do brzegu i idą za Nim.

W trzecim rozdziale Ewangelii Marka rysuje się przed nami już inna historia, już nie powołania, a wybrania. Jezus wybiera dwunastu spośród tych, których powołał. Wychodzi na górę i przywołuje ich kolejno do siebie. Zaczyna od Szymona, któremu nadaje imię Piotr, po nim zaś jedenastu innych. Tych, których „chce”. To oni będą Mu towarzyszyli, ich będzie wysyłał na głoszenie nauki, da im władzę, by mogli wypędzać złe duchy. To oni staną się najbliższymi braćmi Piotra, a on będzie ich umacniał. Dla Piotra na tej górze zaczyna się długa droga formacji.

Lata spędzone z Jezusem, rozmowy, wyprawy, nauki, łaska, jaką Pan obdarzył Piotra, przemieniają go. Widzi cuda. Cały czas jednak objawia się jego niespokojna natura. Widzi, jak Pan rozmnaża chleb, po czym zaraz z innymi martwi się o to, co będą jedli. Idzie do Jezusa po wodzie, jednak na skutek fal przejmuje go strach, zaczyna tonąć. Piotr widzi i wierzy, ale nadal nie do końca. Jeszcze nie wierzy w to, że on choć sam z siebie słaby, z Jezusem może pokonać wszelkie przeciwności. Pod wpływem Ducha mówi jednak do Jezusa: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego.
I w zamian słyszy: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą… Tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Kluczem jest Jezus, tak długo jak będzie przy nim, będzie skałą. Bez niego zacznie tonąć.

Piotr z Jezusem zgadza się zawsze do momentu gdy zachowanie Mistrza nie burzy jego własnego wyobrażenia o tym, jak powinno być. Gdy sprawy przybierają niewygodny obrót, zaczyna się jego wewnętrzny bunt. Jest nawet w stanie upomnieć Jezusa, gdy ten zaczyna opowiadać o tym, jaką śmiercią przyjdzie Mu umrzeć. Jak on, Szymon Piotr, tak słaby, ma być skałą, skoro jego Pan, Mistrz jest tak kruchy? Nie mieści mu się to w głowie. Nie chce tego, nie chce takiego Mesjasza. Słyszy tylko o śmierci, męczeństwie, zmartwychwstania nie rozumie. Nadal jednak kocha Jezusa. Tam, już w Jerozolimie, kiedy Jezusa prowadzono przed arcykapłana, Piotr idzie za swym Mistrzem, z daleka, ale idzie. Wcześniejsze mycie nóg w wieczerniku, zapowiedź zdrady, krwawa modlitwa Jezusa w Ogrójcu. On się na to wszystko nie godził. Kiedy ostatecznie zostaje rozpoznany na dziedzińcu i mówi: Nie znam Go, nie jestem tym, za kogo mnie macie, nie wiem, co mówicie; ma rację. On tak naprawdę Jezusa nie zna, kocha, ale nie zna.

Po trzech latach razem nadal Go nie rozumie. Kogut pieje. Jezus w tym momencie odwraca się i patrzy na niego jak wtedy, po raz pierwszy w Betanii. Przenika go wzrokiem i ten wzrok go ratuje. Piotr wychodzi i gorzko płacze. Pierwszy raz na łamach Ewangelii Piotr płacze, czuje ból i żal. Co jeszcze czuje? Co działo się z nim tej nocy? Gdzie był podczas ukrzyżowania? Może patrzył z innymi uczniami z daleka. Tego nie wiemy. Nadchodzi dzień zmartwychwstania, jak czytamy u Jana, Piotr biegnie do grobu po tym, jak od niewiast usłyszał, że grób jest pusty. Biegnie też i drugi uczeń, „którego Jezus miłował”. Piotr widzi na własne oczy. Jego Pana nie ma tam, gdzie Go złożono. W Jerozolimie Jezus objawia się apostołom dwukrotnie, pomimo zamkniętych drzwi. Potem jest Galilea. Jak pisze ewangelista Jan, uczniowie na Niego czekają, jest ich siedmiu. Z czasem Skała zbierze wszystkich wokół Jezusa na nowo. Jak długo czekają, nie wiadomo. Piotr decyduje się na połów ryb, reszta idzie za nim. Połów jest jednak bezowocny. Z nastaniem świtu widzą Go z łodzi, widzą Pana, choć jeszcze Go nie poznają. A on pyta: Dzieci, czy macie co na posiłek? I tych kilku dorosłych mężczyzn odpowiada, że nie. I znowu, tak jak na początku ich drogi, na Jego słowo zarzucają sieci. I znowu mnóstwo ryb. Uczeń, „którego Jezus miłował”, rozpoznaje już swego Pana i mówi o tym Piotrowi, a ten odziewa się, wskakuje do wody i płynie do brzegu. Nie chce czekać. Tam trzykrotnie wyznaje miłość Jezusowi, swemu Bogu, przyjacielowi. Tam pieczętuje swój los. I tam trzykrotnie słyszy: Paś owce moje. Ta sama Galilea, to samo jezioro, jednak Piotr już jest inny. Już nie Szymon, a Kefas. Po raz kolejny słyszy: Pójdź za mną i idzie. Idzie za Jezusem do końca.

Dominika Rusin

Święty Józef wzorem ojcostwa

Pan Bóg, stwarzając człowieka – kobietę i mężczyznę – pragnął, aby założyli rodzinę, mieli dzieci i wszyscy bez wyjątku obdarzali się miłością. Tak w skrócie można opisać, jak powstały małżeństwo i rodzina. Dobrze jest ich wszystkich mieć obok siebie bardzo blisko. Docenia się to wtedy, gdy kogoś z nich zabraknie.

Pan Jezus również przyszedł na świat w rodzinie. Przez to pokazał, jak ważna jest rola rodziców – kochających się – kobiety i mężczyzny. Oni są dla swoich dzieci przykładem, jak należy sobie okazywać miłość i dbać nawzajem o siebie do końca życia. W czerwcu obchodzimy Dzień Ojca i warto wspomnieć w tym dniu Świętego Józefa, ziemskiego ojca Jezusa. Św. Józef, jako ojciec Jezusa, był człowiekiem wielkiej wiary. Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł i wziął swoją małżonkę do siebie. Biorąc Ją za żonę, troszczył się o Nią. Przyjmując Maryję pod swój dach, nie rozumiejąc jeszcze całej tej sytuacji, która Ją dotknęła przez Ducha Świętego, szanował Jej wyłączną przynależność do Pana Boga. Oj, jakie to dla Niego musiało być trudne! Ale miłość wzajemna między Józefem i Maryją wzmacniała się przez liczne przeciwności i problemy (ubóstwo Betlejem, ucieczka do Egiptu, szukanie zagubionego dziecka w świątyni). Józef podchodził do życia bardzo po męsku: nie mówił za dużo (Ewangelie nie odnotowują ani jednego jego słowa), tylko działał. W trudnych momentach brał odpowiedzialność za swoją rodzinę i stawiał czoło wyzwaniom. Z każdej z tych sytuacji potrafił wyprowadzić swoją rodzinę na prostą. Był klasycznym strażnikiem rodziny i ratował ją przed niebezpieczeństwami, szczególnie wtedy, gdy trzeba było się chronić przed Herodem. Przyjął pełną odpowiedzialność za Jezusa. Będąc ojcem, nadał swojemu Synowi imię Jezus, wprowadził Syna w zawód cieśli, spędzał z Nim bardzo dużo czasu. Dlatego został patronem rodzin, bo nadal troszczy się o nie i interweniuje w bardzo konkretnych momentach i sprawach. W końcu ojciec ziemski Pana Jezusa był bardzo zaradnym człowiekiem.

Czy mężczyźni, w dzisiejszym zagubionym świecie, potrafią być cudownymi ojcami? Jakiego ojca potrzebuje dziecko? Czy dziecko potrzebuje, by ojciec był drugą mamą? Kumplem? Nauczycielem? Może tym wszystkim naraz? Jaka jest rola ojca w życiu dziecka? Czy istnieje ktoś taki jak idealny tata? Tata to nie druga mama. Nie zastąpi go w pełni dziadek, nauczyciel czy trener. Dzieci uwielbiają bawić się z ojcami. Starsze dzieci również skorzystają na wspólnie spędzonym czasie. Może już nie na zabawie, ale na przykład wspólnych wycieczkach, wyjściach do kina, uprawianiu sportu. Taki wspólnie spędzony czas to sygnał dla dziecka: jesteś ważny, który wzmacnia go na całe życie. Ojcem nie możemy być tylko od święta. Liczy się także codzienność – pomoc przy pracy domowej, wspólne posiłki, wyjście do sklepu po zakupy, obejrzenie filmu, a nawet wspólne sprzątanie, które z tatą też może być fajne!

Relacja z ojcem w dzieciństwie wpłynie na to, jak w przyszłości jego syn będzie postrzegać siebie jako mężczyznę, jak będzie radzić sobie w relacjach z innymi, w tym z kobietami i z własnymi dziećmi, a także w sferze zawodowej. Chłopiec potrzebuje zobaczyć w ojcu wzorzec męskości, który zawiera w sobie moc, siłę i odwagę, ale także czułość i troskę. Dla córek ich więź z ojcem jest niemniej ważna. To wzór tego, jak powinna być kochana, szanowana i traktowana przez innych mężczyzn, a także jak powinna budować z nimi relacje. Córka, która doświadczyła miłości, szacunku i uznania ze strony ojca, będzie potrafiła szukać u mężczyzn tego samego. Jednak jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy błędy, jesteśmy niedoskonali, czasami wątpimy, błądzimy… Każdy nieraz pyta sam siebie, gdzie popełnił błąd w wychowaniu swojego dziecka. Nie ma idealnych matek ani idealnych ojców. Tak samo jak nie ma idealnych kobiet i mężczyzn. Pamiętajmy o tym, że zaangażowanie i wysiłek będą najpiękniejszym prezentem, który każdy ojciec może podarować swojemu synowi albo swojej córce. Prośmy więc Boga o to, by ojcowie potrafili być dobrymi ojcami, a co za tym idzie, pomagali swoim dzieciom wzrastać do prawdziwej miłości.

Święty Józefie, wstawiaj się za nami!

Aleksandra Trubic