KWIECIEŃ 2022 4(117)

W numerze:

  • Wydarzenia parafialne – fotorelacja
  • Słowo Księdza Proboszcza. Synod o synodalności w parafii
  • Skrzynka Proboszcza
  • Zrozumieć modlitwę. Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom .
  • Mariupol – Miasto Maryi
  • Święci w dziejach Kościoła. Niewierny
  • Święty na nasze czasy – Stanisław Papczyński c.d.
  • Świadectwo. Pokój wam zostawiam, Pokój Mój wam daję…
  • Pascua – Wielkanoc w Ekwadorze
  • Znane, nieznane, zapomniane… Błogosławiona z Kuźnicy?
  • Znane, nieznane, zapomniane… Rudy Raciborskie
  • Wiadomości z Syberii. Listy o. Artura
  • Wędrówki po Polsce. Szlakiem Orlich Gniazd Cz. I. Z Rabsztyna do Częstochowy
  • Statystyka – marzec/kwiecień 2022
  • Wiadomości szkolnej społeczności. Marzec pełen atrakcji
  • Czy wiesz, że…
  • Fotokronika parafialna
Synod o synodalności w parafii

W październiku ubiegłego roku papież Franciszek zwołał synod, który odbywa się pod hasłem „Ku Kościołowi synodalnemu: komunia, uczestnictwo i misja”. Jak powiedział papież na jego rozpoczęcie, nie trzeba zmieniać Kościoła, natomiast trzeba zmienić coś w Kościele. I dodał: „Kościół nie może stać się muzeum z wielką przeszłością i małą przyszłością”. Synod potrwa dwa lata i po raz pierwszy obejmie trzy fazy: lokalną, kontynentalną i powszechną. W praktyce cały świat katolicki może w tym synodzie uczestniczyć. Ponieważ jest rozłożony w czasie, to ważne wydarzenie w życiu Kościoła nazywa się procesem synodalnym. Obecna faza odbywa się na poziomach parafialnych i diecezjalnych. Każda parafia powołała swojego delegata. Naszą parafię reprezentuje p. Tomasz Piechniczek. Został wyłoniony, można rzec, „na drodze synodalnej”, bo jako pierwszy odpowiedział na tę propozycję zamieszczoną na parafialnym Facebooku. Na tym etapie chodzi o wysłuchanie, co mają do powiedzenia na temat Kościoła jego członkowie. Jako ksiądz też już odpowie- działem na pytania, które zadał papież Franciszek. Oto one:

  1. Jak postrzegam dziś Kościół Katolicki (mój parafialny, diecezjalny, lokalny, wspólnotowy)?
  2. Co uważam w tym Kościele za szczególną wartość, a co za szczególną słabość?
  3. W jaki sposób – na miarę naszych możliwości – możemy te rozpoznane słabości przezwyciężyć?
  4. Jakie są jeszcze inne, ważne kwestie? We wszystkich parafiach wierni mają szansę odpowiedzieć na te pytania.

W naszej parafii odpowiedź na pierwsze dwa miała miejsce podczas marcowej „Kawy u Farorza”. Na odpowiedź na pytanie: jak zaradzić rozpoznanym słabościom, będzie szansa na kwietniowej „Kawie”. A oto, jak odpowiedzieliśmy na pierwsze dwa pytania (bez specjalnego porządkowania i „ubierania” w słowa):

  1. Kościół jest wspólnotą grzeszników, ale i świętych.
  2. Brak poczucia wspólnotowości wśród wiernych, także podczas wspólnych nabożeństw.
  3. Zbyt duży rozdźwięk, przepaść pomiędzy hierarchią kościelną a świeckimi wiernymi. Partykularyzm hierarchii. Zadufanie duchowieństwa.
  4. Zbyt wolne tempo zmian. Brak rozeznania tego, co dzieje się we współczesnym świecie. Wygodnictwo, lenistwo, słabość duchowieństwa i instytucjonalnego Kościoła.
  5. Brak młodych w Kościele. Pytanie: czy młodzi odchodzą od Kościoła, czy to Kościół odchodzi od młodych.
  6. Brak otwartości na dzieci w Kościele.
  7. Tradycja wielką wartością Kościoła. Pytanie, co jest Tradycją, a co tylko tradycyjnymi formami wiary i praktyk.
  8. Za dużo w Kościele profanum (ducha świeckości), np. w wprowadzaniu nieewangelicznych form zachowań i zwyczajów albo upolitycznianiu życia Kościoła.
  9. Niedocenienie roli Biblii. Biblia w Kościele nie jest czytana.
  10. Brak w przepowiadaniu Kościoła nauki o krzyżu, cierpieniu, ofierze. Za dużo w kazaniach i homiliach pouczeń, za mało Chrystusa. Za mało w nauczaniu wątków hagiograficznych.
  11. Brak formowania dorosłych osób, w konsekwencji brak świadomej wiary i wiedzy religijnej.
  12. Brak dostosowywania godzin nabożeństw, spotkań do rzeczywistych potrzeb i możliwości wiernych. Zamknięte (poza nabożeństwami) kościoły.
  13.  Brak przejrzystości w finansach kościelnych.
  14. Znieść celibat.

ks. proboszcz Leszek Makówka

Szerokie plaże, majestatyczne góry, bujna roślinność – Ekwador, choć to państwo stosunkowo małe, w atrakcyjności niczym nie ustępuje swoim większym sąsiadom. Od północy graniczy z Kolumbią, zaś od wschodu i południa z Peru. Zachód to już Pacyfik, a na nim dosyć dobrze kojarzone wyspy gigantycznych żółwi, czyli Galapagos. Jak podaje Wikipedia, powierzchnia ekwadorskiej ziemi to 283 560 km². To przestrzeń porównywalna z Polską; i tutaj lista podobieństw mocno się zawęża. Jadąc do Ekwadoru, możemy bowiem naprawdę dobrze posurfować lub, za małe pieniądze, zobaczyć wieloryby czy też, to już za darmo, iguany w swym naturalnym środowisku. Można też zdobyć jeden z największych szczytów świata, Chimborazo, które liczy ponad 6200 m n.p.m. Sama stolica Ekwadoru, Quito, leży na wysokości do 2850 m n.p.m! Wschód kraju to już Amazonia, inaczej zwana oriente. To tereny mniej zaludnione, mniej okiełznane, niepozbawione jednak sporych miast, w których każdy podróżnik zostanie dobrze ugoszczony. Ten nie tak duży, lecz przebogaty krajobrazowo, kraj to też bogactwo kulinarne. Królestwo ryżu, bananów i kakao położone bliżej oceanu chętnie wymienia swoje dobra na niezliczone rodzaje warzyw, które bez problemu kultywować można na terenach górskich. Im wyżej, tym roślinność, gleba i warunki życia inne, ale nie tylko. Zmiany łatwo zauważymy także w rysach twarzy i ubiorze mieszkańców. Głównie w Andach, lecz nie jedynie, spotkać można rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej – indigenos. Wielu z nich nadal, poza hiszpańskim, używa inkaskiego języka quechua /keczua/, który, jak i nasza „ślonsko godka”, przeżywa obecnie swój renesans. Tak, Ekwadorczyków kulturowo czasem dzieli wiele, są jednak fundamenty, które spajają większość. Krzyż i obraz Matki Bożej znajdziemy prawie w każdym tamtejszym domu. I choć z tą wiarą czasem różnie bywa, to nocy Zmartwychwstania oczekuje wielu. Co roku, jak miliony katolików na świecie, Ekwadorczycy sypią głowy popiołem, wciąż na nowo przeżywają chwile wielkiego cierpienia i radości Chrystusa. A sama tradycja? Cóż, pomimo iż pokarmów w Wielką Sobotę nie święcą, to myślę, że szybko odnaleźliby się w polskich realiach Wielkanocy, ale też vice versa. Zacznijmy jednak od początku… Jak już pokrótce wspomniałam, Ekwador to kraj różnorodny – tradycje i kultura różnią się znacząco w zależności od części kraju, w której się znajdujemy. To, co ich z pewnością w obrządkach łączy, poza wspólnym obrządkiem kościelnym, to spuścizna hiszpańska – oni lubują się w procesjach, w gestach teatralnych i pełnych emocji. Cała Latinoamerica w Wielki Tydzień wychodzi na ulice, podobnie zresztą jak duża część Hiszpanii. Ja ponad rok spędziłam w tej cieplejszej części kraju, zwanej costa, gdzie blisko do Oceanu Spokojnego i do mango prosto z drzewa. Na przykładzie jednego z miasteczek postaram się dziś opowiedzieć o świętach „pod palmami”, o świętach w San Pablo de Pueblo Nuevo. Pomoże mi w tym Celeste Saltos, wspaniała przewodniczka duchowa, administratorka i prawa ręka przyjezdnych księży. W kraju, w którym proboszcz parafii to „rarytas”, dobry i oddany sprawie guia /przewodnik/ to istny skarb. – Post (la Cuaresma) rozpoczynamy w Środę Popielcową, od tego dnia, w każdy piątek, do Niedzieli Palmowej, celebrujemy wspólnie drogę krzyżową – relacjonuje señora Celeste. Na San Pablo de Pueblo Nuevo, które znajduje się na wsi, składa się centrum z kościołem oraz 14 wiosek posiadających swoje kaplice. W każdej z tych wiosek jest ktoś, kto sprawy religijne trzyma w swoim ręku, guia lub szanowany/a katecheta/ka. To pod ich przewodnictwem sprawowane są poszczególne ceremonie. Dla parafian szczególne znaczenie ma piątek poprzedzający Niedzielę Palmową tzw. Viernes de Dolores. W tym dniu, praktycznie od XV wieku, obchodzono święto Matki Bożej Bolesnej. Z czasem zostało ono zniesione, a Jej wspomnienie aktualnie przypada na 15 września. Tam jednak, gdzie kult był silnie zakorzeniony, w szósty piątek Wielkiego Postu także i dzisiaj celebruje się uroczystości na cześć Matki Bożej. – Od lat w naszej parafii w ten właśnie piątek spotykamy się wszyscy, jak tylko kto może, przy kaplicy w Santa Barbara, wiosce, której patronuje Matka Boża Bolesna. Tam sprawowana jest Eucharystia – mówi Celeste Saltos i dodaje – Kult rozpoczął się wiele lat temu, kiedy byłam bardzo młoda. Pewien pan, Angel Mendoza, zawsze przynosił obraz Matki Bożej Bolesnej, kładąc go na zrobionym przez siebie ołtarzu. Ludzie dzięki temu licznie zaczęli oddawać się pod Jej opiekę. Potem powstała malutka kapliczka, a po niej wybudowano już większą, trwałą, w której, szczególnie w piątek przed Niedzielą Palmową, odprawiane były i są nadal ceremonie na cześć Matki Bożej Bolesnej. Mamy ku Niej ogromną cześć i zawsze każdy, kto tylko może, bierze udział w tej uroczystości. Obchody Niedzieli Palmowej w Pueblo Nuevo rozpoczynają się w miejscu oddalonym od kościoła. Wierni przygotowują wtedy specjalny ołtarz i ustrajają go palmami. – Na wstępie ksiądz błogosławi gałązki, które każdy trzyma w ręce, czyta Słowo Boże, a następnie wszyscy idziemy w stronę kościoła, za księdzem podążającym na osiołku. Procesji towarzyszą śpiewy. Po dojściu do kościoła rozpoczyna się msza św. – streszcza Celeste Saltos. W Wielki Czwartek z rana, w katedrze diecezjalnej w Portoviejo (stolica regionu), odbywa się Misa Crismal, czyli msza krzyżma świętego, której przewodniczy biskup diecezjalny, uczestnikami zaś są kapłani z całej diecezji. Podczas Eucharystii błogosławione są święcone olejki. Wieczorem, już w kościele parafialnym, rozpoczyna się uroczysta ceremonia wielkoczwartkowa. Podczas mszy św. wierni uczestniczą w lavatorio de los pies, czyli obmyciu nóg. – Zawsze wybiera się 12 osób, tak, jak było 12 apostołów, którym ksiądz przewodniczący Eucharystii obmywa nogi, tak jak kiedyś zrobił to nasz Pan Jezus Chrystus – mówi señora Celeste. W Wielki Czwartek zbierana jest także ofiara pieniężna na Kościół, czyli to, co udało się przez cały Wielki Post zebrać każdemu, zrzekając się różnych przyjemności. Wielki Piątek dla Ekwadorczyków to przede wszystkim procesja drogi krzyżowej, podczas której, szczególnie młodzież w przebraniach, inscenizuje poszczególne stacje. W Pueblo Nuevo droga krzyżowa rozpoczyna się zazwyczaj o godzinie 8.00 lub 9.00 z rana w jednej z wiosek i kończy w kościele w centrum. – Po dojściu do kościoła zawsze czytane są słowa Jezusa wypowiedziane na krzyżu (Las Siete Palabras), każde z nich przedstawia jedna osoba, mówi się też o rękach, nogach i sercu Pana Jezusa, a także o samotności Matki Bożej – podkreśla guia Celeste. W Wielką Sobotę, nazywaną Sabado de Gloria (sobotą chwały), uroczystości rezurekcyjne rozpoczynają się wieczorem, po zapadnięciu zmroku, około godziny 19.00 czy 20.00. Eucharystia prowadzona jest zgodnie z obrządkiem liturgicznym. Po niej zaś, tradycyjnie, już od kilku lat wszystkich uczestników mszy św. częstuje się czekoladą na gorąco ze słodką bułką – chocolate con pancito. Niedziela Zma- rtwychwstania przez Ekwadorczyków traktowana jest uroczyście, widać wzmożoną obecność na mszy św., jednak najważniejsze wydarzenie, rezurekcja, ma miejsce właśnie w Wielką Sobotę. Jak zaznacza señora Celeste, upływ czasu i aktualne trendy światowe robią swoje. – Dawniej w okresie Triduum Paschalnego ludzie nie pracowali, pozostawało się na modlitwie, w skupieniu nad prawdami wiary. Ten czas przeżywało się w domu, w rodzinie. Teraz część osób do samego końca pracuje, poza Wielkim Piątkiem, lub po prostu Wielkanoc traktuje jak długi weekend, gra się w karty, spotykamze znajomymi lub jedzie na plażę – relacjonuje. O świątecznych tradycjach kulinarnych omawianej wspólnoty pisała niestety nie będę, bo takowych po prostu nie ma. W tej części kraju podaje się w Wielkanoc to, co zawsze w każde inne święto czy urodziny – kurczaka z ryżem i sałatką. Costa ryżem stoi, stąd mile widziany jest także na śniadanie. Jest jednak pewna potrawa tradycyjna, serwowana w Wielkanoc, ale w stolicy kraju – Quito. Fanesca, czyli gulasz gotowany na bazie mleka i dorsza, łączy w sobie rdzenną tradycję i kulturę hiszpańską. Na cześć apostołów zawiera 12 składników, wśród których znajdują się typowe zboża andyjskie: kukurydza, bób, groch, orzeszki ziemne i fasola. W Quito procesje Wielkiego Tygodnia są wręcz spektakularne. W środę w katedrze, jako jedynej
na świecie, dalej obchodzona jest tradycja Arrastre de Caudas, co literalnie znaczy „przeciąganie ogonów”. Do Ekwadoru tradycja ta przybyła z Hiszpanii w XVI w. Podczas rytuału arcybiskup i jego kanonicy przeprowadzają procesję wewnątrz katedry, w której niosą na plecach długie, ciężkie, czarne peleryny symbolizujące grzechy świata. Po procesji kanonicy kłaniają się przed głównym ołtarzem, a arcybiskup potrząsa nad nimi czarną flagą z czerwonym krzyżem, aby symbolicznie ukazać zwycięstwo cnót Jezusa Chrystusa. Jedną z tradycji quiteños jest też wielkoczwartkowe nawiedzenie siedmiu kościołów. Procesja ta ma reprezentować podróż Jezusa na Kalwarię.

Dominika Rusin

Środa Popielcowa
Niedziela Palmowa, procesja
Nabożeństwo ku czci Matki Bożej
Droga krzyżowa
Stacja Drogi krzyżowej

Bardzo niedawno, czytając książkę o siostrach zakonnych, biorących czynny udział w II wojnie światowej, przeczytałam słowa, które momentalnie mnie zaintrygowały. Agnieszka Falkus urodziła się 21 stycznia 1901 roku w Starej Kuźnicy koło Halemby. (…) Ośmioletnia Agnisia cudem uniknęła śmierci. Pomagała rodzicom, codziennie pasąc gęsi pod lasem. Któregoś dnia zaczepił ją nieznajomy młody mężczyzna. Poprosił, by wskazała mu dalszą drogę. Dziewczynka, chcąc pokazać mu ścieżkę, weszła z nim do lasu. Co się działo dalej? Nietrudno się domyślić. Na szczęście dziecko (…) odważnie zaczęło krzyczeć o pomoc. Pracujący niedaleko ludzie usłyszeli dziewczynkę, przybiegli i spłoszyli agresywnego napastnika. (…) Potem przyznał, że zamierzał zgwałcić i udusić dziecko. Historia, jakich – niestety – wiele. Co jednak przykuło moją uwagę? To, że wydarzenie działo się w starokuźnickim lesie. Moim lesie, przy którym przecież się wychowywałam… Nigdy jednak wcześniej nie słyszałam o tej siostrze. Rozpytałam znajomych, ale – podobnie jak ja – nikt nie słyszał o Agnieszce Falkus, późniejszej siostrze Stanisławie ze Zgromadzenia Sióstr Boskiego Zbawiciela. Postanowiłam zgłębić temat i sięgnąć po książkę o historii parafii Matki Boskiej Różańcowej w Halembie. Zdawałam sobie sprawę, że lata, które dotyczą życia wspomnianej siostry, to jeszcze nie czas, kiedy istniał nasz, kłodnicki, kościół. Znalazłam w niej nie tylko wzmiankę o tej postaci, ale także jej zdjęcie z 1936 roku. Agnieszka Stanisława Co o niej wiemy? Agnieszka była szóstym, spośród szesnaściorga, dzieckiem Franciszka Falkusa i Marii z domu Kołodziej. Jej rodzina żyła bardzo skromnie, ale i pracowicie. Ojciec był pracownikiem w hucie cynkowej. Jej matka pochodziła z Kłodnicy. Kilka dni po narodzeniu mała Agnieszka została ochrzczona w kościele Matki Boskiej Różańcowej w Halembie. Jako siedemnastolatka rozpoczęła pracę: najpierw na służbie u bogatszej rodziny, później w szpitalu w Piaśnikach, w wireckiej fabryce i wreszcie w kuchni księży salwatorianów w Krakowie. To tam poznała charyzmat tegoż zgromadzenia. W 1928 roku wstąpiła do salwatorianek. Nowicjat odbyła w Berlinie, gdzie w październiku 1930 roku złożyła pierwszą profesję zakonną. W tym czasie powstały trzy domy zakonne w Polsce. Tak wróciła do kraju – posługiwała najpierw w Trzebini, potem w Goczałkowicach, gdzie złożyła śluby wieczyste w 1936 roku, a następnie w Mikołowie. Posługując tutaj, najpierw pracowała w szwalni i pralni. Szybko jednak, ze względu na swój talent organizacyjny, została zastępczynią przełożonej, a wkrótce i przełożoną sióstr. Miała również zdolności pedagogiczne, bardzo lubiła śpiewać. Co ciekawe, nie zachowały się żadne zapiski jej autorstwa ani listy do bliskich. Niegrzeczna święta Dramatyczne wydarzenie z dzieciństwa na tyle mocno wpłynęło na psychikę młodej dziewczyny, że jako nastolatka wielokrotnie powtarzała, że nie wyjdzie za mąż i zostanie zamordowana. Sama o sobie mówiła: „niegrzeczna święta”. Według wspomnień zakonnic siostra Stanisława była zawsze wesoła, rozweselała wszystkich; małomówna i bardzo religijna. Na każde wezwanie do pracy miała czas i chęć, nigdy nie odmawiała, ciesząc się, że mogła starszym ludziom pomóc. Była dla nas wzorem dobroci. Czy jednak same wspomnienia wystarczyłyby do zostania świętą albo błogosławioną? Jezu, ratuj Był rok 1945. Wojna zbliżała się do końca. Ukraińcy, przebywający na terenie Mikołowa, oskarżyli salwatorianów o kontakty z Niemcami. 27 stycznia Sowieci weszli do domu, w którym przebywały zakonnice. Część przybyłych była pijana, żądała wódki i zegarków. Mieszkańcy domu schowali się w piwnicy, skąd oprawcy siłą wywlekli dwóch księży, dwóch braci zakonnych i dwie siostry – Stanisławę Falkus i Leopoldę Ludwig, pochodzącą z Chorzowa-Batorego. Zagonili ich na górę, do kaplicy. Pijani żołnierze zażądali od ojca prowincjała Celestyna Rogowskiego: Jesteś tu najstarszy, rozkaż, żeby monaszki zrobiły wszystko, co chcemy! Ten odmówił, błagając o wypuszczenie zakonnic. Żołnierze, coraz bardziej agresywni, zagonili księży do piwnicy. Siostry Stanisława i Leopolda zostały same z pijanymi oprawcami. Z relacji zakonników wiadomo, że z kaplicy słychać było wołanie siostry Stanisławy: Jezu, ratuj nas! Co wydarzyło się potem? Pierwszy do kaplicy wszedł Jerzy Kajzer, który obie siostry bardzo dobrze znał. 12 listopada 1954 roku złożył oświadczenie: Dnia 27 stycznia 1945 roku, w czasie trwania działań wojennych w Mikołowie, wszedłszy do kaplicy Księży Salwatorianów (dom Grützów), ujrzałem śp. siostrę Stanisławę Falkus, salwatoriankę, leżącą przed ołtarzem, skrwawioną i zabitą. Na piersiach, to znaczy na kornecie zakonnym, widoczne były ślady po wkłuciach sztyletem oraz wloty kul rewolwerowych. Obok głowy leżały wybite zęby. Pod ławkami leżała siostra Leopolda Ludwig, również salwatorianka, pokrwawiona i zabita. Na podłodze leżały podeptane ornaty. Osoby, które widziały ciała sióstr, zwracały uwagę na okrucieństwo mordu: oprawcy kłuli na oślep bagnetami, strzelali z bliskiej odległości z rewolwerów. Wybite zęby świadczą o tym, że siostry prawdopodobnie walczyły – próbowały się bronić. Siostra Stanisława miała stłuczoną czaszkę oraz wybite zęby, z habitu siostry Leopoldy sypały się łuski od nabojów. Niechciany kult Dziesięć dni po tej tragedii, kiedy walki w mieście ucichły, siostry zostały pochowane w ogródku zakonnym kolegium księży salwatorianów w Mikołowie. Od samego początku miejscowa ludność uznała je za męczennice w obronie kobiecej i zakonnej godności. Przychodziła tam modlić się. Po wojnie jednak władze ludowe rozkazały zakonnicom ekshumację zwłok. Zostały one przeniesione na cmentarz parafialny w Goczałkowicach-Zdroju. Tam spoczywają do dziś. Jedna z sióstr, obecnych przy ekshumacji, potajemnie oderwała kawałek welonu siostry Stanisławy. Ocalały też kornety męczenniczek – przebite kulami i bagnetami. Do dziś zgromadzenie modli się o beatyfikację sióstr Stanisławy i Leopoldy. Czy doczekamy się kuźnickiej błogosławionej? Dzięki rodzinie udało mi się ustalić adres domu, z którego pochodziła i w którym wychowała się mała Agnieszka Falkus. Stoi on do dziś przy ul. 1 Maja. Dlaczego więc mowa o Kuźnicy, skoro to już Halemba? W tamtych czasach ta część Halemby należała do Starej Kuźnicy. I choć nie wiadomo dokładnie, w którym lesie rozegrały się wspomniane dramatyczne chwile życia późniejszej siostry Stanisławy, warto mieć oczy i serce szeroko otwarte na drugiego człowieka – kto wie, czy nie przechadza się obok nas przyszły święty.

Monika Fenisz

Modlitwa za wstawiennictwem s. Stanisławy i s. Leopoldy

Boże, nasz Ojcze, Ty wyznaczasz każdemu ze swoich dzieci czas  pobytu na ziemi i czas odejścia  do wieczności. Spraw, aby uwieńczone męczeństwem życie Twoich służebnic  Stanisławy i Leopoldy zajaśniało w Kościele Twego Syna blaskiem chwały ołtarzy. Prosimy Cię o to przez Chrystusa, naszego Pana i Zbawiciela. Amen.

Tekst powstał w oparciu o książkę Agaty Puścikowskiej Wojenne siostry
oraz materiały dostępne online.