WRZESIEŃ 2021 7(110)

W numerze:

O życiu gospodarczym parafii

Na początek roku szkolnego parę informacji o naszym bieżącym życiu gospodarczym parafii i planach na przyszłość. W pierwszą niedzielę każdego miesiąca zbierana jest kolekta z przeznaczeniem na inwestycje w naszej parafii. Pod terminem „inwestycje” rozumiem przeprowadzane remonty oraz zakupy trwałych środków. W tym roku wykonaliśmy już sporo prac przy naszych budynkach. Oprócz różnych drobnych prac remontowych przeprowadzanych na bieżąco do najważniejszych robót można zaliczyć:

  • remont dolnego poziomu domu parafialnego wraz z dostosowaniem go do potrzeb duszpasterskich. W tej części naszych „salek” znajdą dla siebie miejsce nasze przyparafialne grupy dziecięce i młodzieżowe. Efekty prac można było zobaczyć już w sierpniu i można zobaczyć kiedykolwiek;
  • zabezpieczenie więźby kościoła przed drewnojadami (spuszczelem pospolitym);
  • wzmocnienie więźby oraz konstrukcji drewnianej wewnątrz wieży kościoła;
  • oczyszczenie poddasza kościoła ze starej izolacji;
  • zakup zewnętrznych ławek.

W tym roku planujemy jeszcze:

  • wymienić rynny na domu parafialnym;
  • wymienić zadaszenie nad wejściem do kościoła;
  • naprawić szczyt wieży kościoła, który przepuszcza opady do wnętrza wieży;
  • wykonać nową izolację na poddaszu kościoła.

Jednocześnie staram się gromadzić środki na planowane większe remonty. Przede wszystkim dotyczy to wykonania ogrzewania podłogowego w kościele wraz z wymianą posadzki i układu poziomów w prezbiterium. Remont ten przewidziany jest na lato 2023 roku. Miesięcznie staram się oszczędzać 10 tys. zł z przeznaczeniem na ten cel. Drugim remontem przed nami w najbliższym czasie są nowe miejsca postojowe dla samochodów przy kościele. Miejsce, w którym chcieliśmy utworzyć parking, to teren trawy przy probostwie wzdłuż ul. Kochłowickiej. Niestety przez teren ten przechodzi łukiem stary bieg tejże ulicy, który należy do naszego miasta. Na razie uzyskaliśmy zgodę na użyczenie tego terenu. Inwestować należy jednak na własnym gruncie. Należy więc uzyskać tytuł własności, najlepszym trybem jest zakup. Cena tego fragmentu działki to ok. 130 tys. zł. Do tego należy dodać koszt wykonania parkingu. Całkowita wartość nakładów finansowych jest bardzo wysoka. Dlatego wraz z Radą Ekonomiczną przemyślimy jeszcze inne możliwości utworzenia miejsc postojowych. Niezależnie od wszystkich kłopotów staram się odkładać na stworzenie przyszłego parkingu 5 tys. zł miesięcznie.

Wracając do Parafialnej Rady Ekonomicznej warto dodać, iż rada ta zadecydowała, że proboszcz bez zaciągnięcia opinii tejże rady może samodzielnie decydować o podejmowaniu inwestycji w parafii (prace remontowe bądź zakupy), których całkowita wartość nie przekracza 20 tys. zł. O pracach i zakupach o całkowitej wartości powyżej tej kwoty parafianie powinni zostać wcześniej poinformowani, powinna zostać ogłoszona publicznie możliwość zgłaszania ofert wykonania prac lub sprzedaży oraz powinien zostać przeprowadzony konkurs ofert. Nad procedowaniem całości czuwać ma Rada Ekonomiczna. Myślę, że jest to słuszna decyzja, która spowoduje większą przejrzystość finansów naszej parafii, umożliwi rozsądny wybór wykonawców oraz – być może – pozwoli na oszczędności przy prowadzeniu prac.

ks. proboszcz Leszek Makówka

W lipcu tego roku przypadło mi w udziale stanąć na linii startu nietypowej wyprawy. Ponad trzy tygodnie i trzy tysiące kilometrów z rowerem, namiotem i sakwami. Bez planowanych noclegów i wsparcia samochodu technicznego. Za to z dobrymi ludźmi i last but not least – z Bogiem. A było to tak… Niniwa Team to zmieniający się z roku na rok zespół rowerowych (i Bożych) zapaleńców, prowadzony przez o. Tomka Maniurę (OMI). Od 15 lat grupa ta raz w roku wyrusza na wyprawę, która ma dwa cele – fizyczny (na mapie) i duchowy. W przeszłości były to takie punkty jak Jerozolima, Maroko, Santiago de Compostela czy Syberia. W tym roku Niniwa ruszyła na rundę przez Ukrainę, zaczynając i kończąc w lublinieckim Kokotku. Choć w pierwszych planach zakładaliśmy podróż z Polski do norweskiego przylądka Nordkapp, przepisy związane z kwarantanną skorygowały nieco te plany. Charakter wyprawy pozostał jednak ten sam. Liczy się w niej bardziej samo bycie ze sobą niż zakładana trasa. W końcu każdy ma swój Nordkapp… po prostu tym razem wypadł akurat na terytorium Ukrainy. Cel duchowy wyprawy został oznaczony kryptonimem „J21” (nie mylić z J23 :-)), na który składa się litera imienia Świętego Józefa i bieżący rok. Intencją wyprawy zostały objęte wszystkie rodziny. Choć wyprawa nie jest pielgrzymką, to – po chrześcijańsku – uczy otwartości na spotykanych ludzi, miłości bliźniego (w wyprawowej wspólnocie i poza nią), a codzienna porcja kilometrów (minimum 150) jest przedzielona przerwą na mszę świętą. Ten „niniwowy” styl podróżowania nazywa się „jechaniem na wiarę”. Dlaczego? Każdego dnia nie wiemy, gdzie będziemy spać ani gdzie jeść. Może być to na początku nieco stresujące, ale tak naprawdę daje dużo wolności i frajdy. Zmusza też do otwartości. Nie wiemy nigdy, co przyjdzie nam w ciągu danego dnia przyjąć – czy uda nam się rozbić namioty na polu jakiegoś gospodarza, w lesie czy miejskim parku. Przestrzeń tej wyprawy wyznaczały dwa kolory – błękit nieba i żółć pól słonecznika, wśród których biegła droga. Czas – rytm kolejnych odcinków i przerw. Wyprawa nauczyła mnie liczyć odległość w jednostkach czasu – dwa dni do granicy, tydzień do Odessy, dwa do Kijowa, trzy do Lwowa… Codzienna wyprawowa rutyna nie pozwala na zwiedzanie. Tylko w niedziele (wolne od obowiązkowych 150 km) był czas na zobaczenie takich miast jak Kijów, Lwów czy mała miejscowość Tywrów, w której uczestniczyliśmy w młodzieżowym chrześcijańskim festiwalu. Najważniejsze były jednak nie miejsca, ale ludzie. Ukraińcy zaskoczyli mnie swoją otwartością i serdecznością. Nigdy nie mieliśmy problemów ze znalezieniem noclegu, z prośbą o wodę, a nawet niekiedy uciekaliśmy przed gościnnością gospodarzy! Zatroskani mieszkańcy proponowali nam noclegi w szkołach, a nawet raz na murawie stadionu, co jednak musiało spotkać się z naszą (grzeczną, lecz stanowczą) odmową. Wschodnia gościnność nie jest mitem. Wyczuwa się ją w małych miejscowościach, gdzie w często biednych domkach ludzie potrafią dzielić się tym, co mają – czasem uśmiechem, wodą, a raz nawet smażonymi „kartoszkami”. To wszystko gdzieś znika wraz z pośpiechem pracy i konsumpcji, coraz trudniej wyczuwane, rzadziej spotykane na zachód od ukraińskiej granicy… Kiedy stałem w Kokotku, opierając się o rower, nie wiedziałem, co mnie czeka. Jak mawia ojciec wyprawy – życie jest żywe. Rzeczy rzadko są tym, czym się wydają. Spodziewałem się rowerowej wycieczki przez Ukrainę. Co dostałem? Podróż do wnętrza, w której pedałuje się nie fizycznie, ale duchowo. Jej etapy to doświadczenie, że życie nie kręci się wokół mnie i to ja muszę się dopasować do rytmu przerw, prędkości jazdy, wyprawowych planów… Świadomość, że najważniejsze to umieć przyjmować życie, a wtedy zawsze dostaniesz może nie to, czego chcesz, ale to, czego potrzebujesz. W końcu garść codziennych zaskoczeń: dzieciaki z ogromnymi uśmiechami na za dużych rowerach, babuszki radośnie zarządzające kokotkiem z wodą, pogawędki w dialekcie polsko-śląsko-ukraińskim, poczucie jedności na codziennej mszy i wspólnota, która trwa nawet wtedy, gdy nikt nie ma już siły rozmawiać. W bezpiecznej codzienności wspominam przygody, wspólne wieczory i autentyzm płynący ze zwykłego bycia. Wyprawa się skończyła, podróż wewnątrz trwa dalej.

Wojciech Leder

Po dłuższej przerwie spowodowanej obostrzeniami sanitarnymi mogłyśmy się wreszcie spotkać w naszym parafialnym Wieczerniku. Po mszy św. z radością udałyśmy się do salki, odmówiłyśmy zwyczajowe modlitwy oraz różaniec, po czym podjęłyśmy temat skuteczności modlitwy. Po krótkim wprowadzeniu w problematykę wspólnie rozważałyśmy rolę modlitwy w życiu i dzieliłyśmy się swoim doświadczeniem. Miałyśmy okazję nie tylko wysłuchać siebie nawzajem, ale mogłyśmy też pogłębić nasze przekonanie o sile modlitwy. Wszystko, co usłyszałam, pozwala na podjęcie refleksji, którymi chciałabym się dziś podzielić.
Najpierw ta, dotycząca świadomości własnej małości, grzeszności i niedoskonałości człowieka, który staje wobec majestatu Boga. Z drugiej zaś strony przekonanie, że Pan Bóg jest Ojcem, który pragnie jedynie dobra człowieka, pozwala bez lęku, z ufnością dziecka, szukać Jego pomocy. Nie trzeba koncentrować się na dobieraniu słów właściwych dla uwielbienia, dziękczynienia czy też zanoszenia próśb i od tego uzależniać wartość modlitwy – wszak któż, jak nie Ojciec, zna potrzeby swoich dzieci?

Modlitwy zanoszone do Stwórcy pomagają przede wszystkim nam samym – uczą zaufania, budują więź z Nim. Myślę, że tego również pragnie Bóg – jak ziemski rodzic chce mieć z nami bliskie relacje, chce słuchać naszych zwierzeń, narzekań, ale też cieszy się naszymi radościami i oczekuje prostego wyznania: kocham Cię, Ojcze! Nie potrzebuje naszych wyszukanych słów uwielbienia, nie przysporzą Mu chwały, bo ona Jemu przynależy po prostu – jednak w nas słowa te wydobywają poczucie przynależności i miłości wobec naszego Ojca w niebie, są nam potrzebne, by nie utracić kontaktu z Nim. Polećmy Mu więc wszystkie nasze sprawy, stańmy przed Nim z dziecięcym zaufaniem i otwartym sercem.

Modlitwa to rozmowa z Panem Bogiem, a więc nie monolog. Może raczej należy się skupić na słuchaniu, a nie na kontemplowaniu swoich problemów, one zawsze będą. Dziękujmy Bogu za wszystko – tylko On ma doskonały plan na nasze życie. Nie potrafimy w naszym ograniczeniu pojąć, ile łask spływa na nas w codziennym życiu. Zawierzmy Mu więc nasze sprawy, radości, troski i kłopoty.
Ktoś skarżył się na samotność, ktoś inny na cierpienie. Jeszcze ktoś powiedział: Nie smuć się, bowiem Bóg chce być z tobą sam na sam. Czyż to nie jest piękne?

Modlitwa to przestrzeń, w której spotykamy się z Bogiem. To jak „pomieszczenie”, do którego wolno nam wejść na mocy męki i śmierci Pana Jezusa. Jak rozdarta zasłona w jerozolimskiej świątyni oddzielająca miejsce Święte Najświętszych, tak w chwili śmierci Bożego Syna usunięta została przeszkoda na drodze człowieka do Boga – serce Zbawiciela otwarło się dla każdego człowieka. Modlitwa jest też nadzieją na otrzymanie łask, a nade wszystko na nasze zmartwychwstanie.
Adorując Boga, nie tylko zatrzymujemy się w pędzie pośród naszych obowiązków, ale stawiamy sobie Pana przed oczy, aby nasza dusza nie uległa zwątpieniu, jak napisał psalmista Dawid: Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy, dlatego nie zachwieje się moja dusza /Ps 16,8/.

Spotkanie skończyłyśmy rozważaniem Modlitwy Pańskiej, której szczególnie słowa: i nie wódź nas na pokuszenie często budzą zdziwienie i niezrozumienie. Jak to, Bóg wodzi nas na pokuszenie? A jednak mają one ogromny sens. Św. Mateusz, przywołując scenę kuszenia Jezusa na pustyni, pisze: Potem Duch zaprowadził Jezusa na pustynię, aby go tam kusił szatan /Mt 4,1/. Zatem kuszenie nie było tylko dopuszczone, ale celowe. Jak inaczej poznać siebie, swoją słabość, konieczność Bożej łaski? Jak uczyć się zwyciężać? Pamiętając, że Bóg jest miłością, miejmy świadomość, że pokusy są na miarę naszych możliwości, że temu, kto trwa w Miłości, zawsze towarzyszy łaska. Nie bójmy się wyzwań, a jeśli upadniemy, On sam nas podniesie, wszak zostawił nam sakrament pojednania.

Stając w modlitwie przed Panem, uświadamiamy sobie, że całe zło, które często wydaje się wszechmocne i wszechobecne, tak naprawdę nie może nas dotknąć, jeśli będziemy trwać w Bogu. Jedynie On, Bóg wszechmocny i wszechobecny, ten, z którym spotykamy się na modlitwie, panuje nad wszystkim!

Danuta Dominik