
Nieodłącznym elementem Wielkiego Postu jest czas rekolekcji. Po co powtarzany jest ten sam schemat każdego roku? Jaki tego cel? Na te i wiele innych pytań szukaliśmy odpowiedzi pierwszego dnia naszych parafialnych rekolekcji, którym przewodniczył ks. Piotr Brząkalik. Otóż punktem odniesienia jest tutaj właśnie czas… Ten, który tak pędzi, i ten tak zwany kawał czasu, ten, który nas zmienia i doświadcza. Bez względu na sytuację, w jakiej znajdujesz się dzisiaj, Bóg mówi „nawracajcie się i wierzcie”, wciąż i na nowo. Warto mieć taką przypominajkę raz w roku, która uporządkuje nasze życie, pozwoli każdemu z nas przyjrzeć się sobie z różnych perspektyw.
Rekolekcje opierały się na przypowieści o synu marnotrawnym, tak dobrze nam znanej. Kluczową rolę odegrał także obraz Rembrandta o tej samej tematyce, z którego mogliśmy odczytać postawy tych trzech postaci i na nich skupić swoją uwagę.
Istotą wspomnianych czterech dni było PRZYJRZEĆ SIĘ SOBIE i poszukać podobieństw do omawianych bohaterów. Na pierwszy ogień poszedł syn, ten marnotrawny. Słusznie ksiądz rekolekcjonista zauważył, że niewielu z nas widzi w sobie odbicie tego właśnie bohatera. Choć to bardzo złudne założenie. Wystarczy zadać sobie kilka pytań… Czy potrafię poprosić, czy tak jak on: żądam? Czy proszę o radę, czy wychodzę z założenia, że ja wiem najlepiej? Szanuję i doceniam to, co mam, to, co otrzymuję, czy wyznaję zasadę „łatwo przyszło, łatwo poszło”? Dziś tak wiele w nas pretensji, roszczeń i ciągłego niezadowolenia. Wszyscy wokół są winni, sobie nie mamy nic do zarzucenia.
Z tej nauki rekolekcyjnej idą ze mną dwie myśli. Pierwsza to umiejętność przyznania się do winy, do błędu, do kłamstwa, ale też do swoich słabości. Umieć przyznać się przed samym sobą, stanąć w prawdzie o sobie samym. Bardzo to dziś trudne, w tym świecie superbohaterów i nieomylności, a przecież każdy czasem się myli. Warto przyjrzeć się sobie. Do czego dążę w życiu, czy jestem dumny ze swoich postaw? Jak to oddziałuje na moje relacje z bliskimi? Każdy z nas nosi w sobie jakieś poczucie winy, jakąś nierozwiązaną sprawę czy niedomówienie. Może właśnie po to jest ten czas rekolekcji – by wyciągnąć rękę do zgody? Jedno zdanie ks. Piotra dźwięczy mi w uszach: „Fundamentem każdej zgody jest umiejętność przyznania się”.
Druga myśl to wdzięczność, umiejętność dostrzegania tego, co mam, i bycia szczęśliwym. Wciąż nam mało, wszystko jest nie takie, jak byśmy chcieli. Stawiamy wymagania, podnosimy poprzeczkę – i dobrze, bo to nas rozwija, pozwala iść do przodu, ale to też często odbiera nam szczęście, zadowolenie. Gubimy tę rzeczywistość, że to nie ja sam, a razem z kimś, że to nie moje, a nasze, że to nie dzięki sobie, a dzięki łasce Pana Boga. Czytałam ostatnio opowieść jednej kobiety o tym, jak modli się ze swoimi dziećmi. Są to małe dzieci. Wieczorną porą siadają razem na dywanie i mówią o tym, co fajnego im się przytrafiło, za co dziś chcieliby Panu Bogu podziękować, co dobrego udało im się dziś zrobić. Pomyślałam wtedy, że od tego chyba każdy z nas powinien zacząć… od wdzięczności. Uwrażliwić siebie na to, jak wiele mi dano, może to będzie recepta na arogancję, ciągłe pretensje i żądania, na oschłość i niezadowolenie.
Trzeciego dnia towarzyszył nam drugi syn. Człowiek, który stoi z boku, z założonymi rękami, wycofany. Wiele razy brakuje nam odwagi, by stanąć oko w oko z trudną sytuacją w naszym życiu, wiele razy wolimy się wyręczyć kimś. Stajemy się wtedy podobni właśnie do starszego brata. Mało tego, często uważamy, że ktoś nie zasługuje na szczęście, na te wspaniałości, które go spotkały, rzucamy oszczerstwa, patrzymy na kogoś z góry, czujemy gniew. Choć ten starszy syn wydaje się przykładnym, przy bliższej analizie wcale nie jest taki kryształowy. Ks. Brząkalik zostawił w mojej głowie znów jedno zdanie: „Można nigdy nie opuścić domu, a wewnętrznie być daleko”. Jak to jest z moją otwartością i życzliwością?
Pozostaje ojciec. Starszy człowiek, który cierpliwie czeka. Ale to nie jedyna cecha tej postaci. Kiedy jego młodszy syn chce rozpocząć życie na własny rachunek według swojego planu, on nie próbuje go odwieść od tego pomysłu. Nie narusza jego wolności. Ponadto jest dyskretny, nie żali się i nie chwali. Wiele tu podobieństw do Pana Boga – cierpliwy, szanuje naszą wolność, wyrozumiały, a nawet pobłażliwy. Na to wszystko zwrócił uwagę ksiądz rekolekcjonista.
Zastanawiając się nad postawą ojca z tej przypowieści, została ze mną myśl o wolności. Ojciec nie narusza wolności syna. Jak często próbujemy ingerować w życie, w decyzje, w wygląd, ubiór drugiego człowieka? Jak często ingerujemy w wychowywanie dzieci naszych bliskich czy znajomych? Wreszcie: jak często tym ingerencjom służy ocenianie i wyzywanie? Ile razy w swoim życiu kogoś
„zgasiłem”? Może to we mnie tkwi problem? Może to ja chcę życie i świat moich bliskich zamknąć w moich schematach i nie mieści mi się w głowie, że można chcieć inaczej? Może to właśnie ja nie umiem uszanować wolności drugiego człowieka?
Czy potrafię stanąć w prawdzie o samym sobie? To jest najwyższy czas, by przyjrzeć się sobie i coś zmienić, dla siebie, dla innych, dla Boga.