
VII niedziela zwykła 27 lutego w naszej parafii była moim zdaniem niedzielą absolutnie niezwykłą, ponieważ gościliśmy siostrę Annę Bałchan, która w Katowicach prowadzi Stowarzyszenie PoMOC dla Kobiet i Dzieci im. Marii Niepokalanej. Celem stowarzyszenia jest pomoc kobietom i ich dzieciom zagrożonym lub dotkniętym prze- mocą. Współpraca z kobietami – ofiarami handlu, zmuszania do prostytucji. Ale po kolei. W szkole średniej, jak mówiła: „Modliłam się o dobrego męża, no i tak mnie urządził” – z humorem i uśmiechem wspominała swoje powołanie. Pełna energii, pasji i zaangażowania kobieta z zawodu jest mechanikiem obróbki skrawaniem. Kiedy wstąpiła do zakonu, rozpoczęła i ukończyła studia teologiczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracowała m.in. jako katechetka oraz w katowickim Stowarzyszeniu Pomocy Dzieciom i Młodzieży „Dom Aniołów Stróżów”. Została jednym z wiodących streetworkerów (streetworker to osoba pomagająca bezdomnym, dzieciom ulicy, alkoholikom, narkomanom, prostytutkom i osobom dotkniętym różnymi innymi formami patologii społecznych bezpośrednio w miejscu ich przebywania, np. w pustostanach). Od 1999 zajmuje się pomocą osobom uwikłanym w prostytucję. W 2001 została jednym z założycieli i prezesem Stowarzyszenia im. Marii Niepokalanej na Rzecz Pomocy Dziewczętom i Kobietom w Katowicach, od 2010 działającego pod nazwą Stowarzyszenie PoMOC dla Kobiet i Dzieci im. Marii Niepokalanej. Warto wspomnieć, że za swoją działalność otrzymała w 2008 nagrodę Totus Tuus oraz nagrodę im. księdza Józefa Tischnera, a w 2015 nagrodę im. bł. ks. Emila Szramka. Siostra Anna jest w ocenie wielu osób swoistego rodzaju „petardą w habicie”. Kobieta bardzo bliska mojemu sercu, mój autorytet, mój wzór do naśladowania, dlatego będzie emocjonalnie, niekrótko, prosto z serca i niebanalnie. Nie zapomnę pierwszego spotkania z jej niesamowitą energią, jakieś 20 lat temu w zgromadzeniu zakonnym Sióstr Maryi Niepokalanej w Katowicach na jednym z dni skupienia animatorów grupy Dzieci Maryi. Wtedy zrozumiałam dopiero, jak ważne jest po prostu być dla drugiego człowieka, zrozumiałam, że takie powołanie ma sens, powołanie pójścia na żywioł, wyjście naprzeciwko bliźniemu, pomimo wszystko, bez oceny, bez uprzedzeń, bez jakiegokolwiek strachu przed niejednokrotnie brzydotą i brzydkim zapachem. Cóż to było za spotkanie z tą znaną zakonnicą od prostytutek – pamiętam jak dziś słowa określające nas jako niedoskonałych, błądzących, zagubionych, po prostu popełniających błędy ludzi. Siostra mawia: „Nie martwmy się, że nie jesteśmy idealni. To dobrze, bo gdybyśmy byli, być może pogardzalibyśmy innymi. (…) Dobrze, że nie umie- my wszystkiego, bo bylibyśmy bardzo samowystarczalni i nie potrzebowalibyśmy innych. Bądźmy autentyczni i szczerzy”. Pamiętam, z jakimi emocjami prosiła nas, młode kobiety, by nie używać słowa prostytutka, bo to stygmatyzacja, traktowanie kobiety jak bezosobowy towar. Siostra Anna mówi jasno: „Spojrzenie ucznia Chrystusa to spojrzenie na człowieka, a nie koncentracja na grzechu”. Po dwóch dekadach to samo powiedziała podczas przedstawienia swojego świadectwa, przypominając fragment Pisma Świętego mówiącego o naszej ludzkiej obłudzie i skłonności do oceniania innych, niejednokrotnie chcąc leczyć własne kompleksy – „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Jak możesz mówić swemu bratu: Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku, gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata”. Kwestia bycia niedoskonałym powinna być bardzo dobrze znana każdemu z nas, powinna, ale to w dzisiejszych czasach niemodne, bo przecież jak to… Ja niedoskonały, niekompletny, gorszy, biedniejszy, mniej popularny, mniej lubiany, nie prestiżowy? JA?! My z taką łatwością mówimy: „Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku”, ale że w moim? W moim oku nie ma żadnej „belki”, we mnie nie ma żadnej niedoskonałości, bo przecież jestem człowiekiem czystym, schludnym, mam dom, samochód, pracę, wakacje, świetnych znajomych, przyjaciół i można mnożyć, piać peany na temat swojego doskonałego „ja”, licząc drzazgi, które są w oczach innych. Wszak inni są brudni, śmierdzący, chorzy, bezdomni, bezbożni, niemoralni, przegrani, patologiczni, grzeszni – siostra Anna mówi do nas jasno – ta grzeszna osoba „w środku jest piękna, i to nieprawda, że jest tylko grzechem”. My, „obłudnicy”, ponieważ nie potrafimy zderzyć się z prawdą, że ja jestem grzesznik i potrzebuję zbawienia… Ty też jesteś grzesznikiem i potrzebujesz zbawienia, ale najpierw jestem ja; ja się muszę nawrócić, potem mogę prosić o nawrócenie moich bliźnich. Nie możesz mówić innym o grzechu, o ich problemach, niedoskonałościach ani błędach, dopóki sam nie wejdziesz na drogę nawrócenia i nie odrobisz lekcji pokory. Siostra Anna, która z taką prostotą i zrozumieniem mówi, że każdy z nas jest grzesznikiem, ma swoją słabość, małość i wstyd, ma głęboką ranę, którą chce, by Bóg uzdrawiał, podkreśliła priorytet korzystania z łaski Pana w sakramencie pojednania. Odwoływała się do swoich doświadczeń jako działaczki społecznej, podkreślała bardzo mocno, że wszystko dzieje się „dzięki Niebu”, a prawdziwym sakramentem uzdrowienia jest spowiedź i pojednanie z Bogiem. Dodała, że jej Stowarzyszenie PoMOC jest wyraźnym czerpaniem z siły Najwyższego, ponieważ to do Niego możemy zwracać się po MOC, MOC do działania. „Kiedy dostałam błogosławieństwo przełożonych i biskupa, nikt nie mówił mi, jak miałam to zrobić, tylko: masz iść. Idziesz, bo wiesz, że Bóg cię prowadzi” – wspominała z uśmiechem na twarzy. Siostra szykowała się do pracy z dziewczętami uzależnionymi od narkotyków, a nie prostytutkami, ale nie bała się ulicy, pracowała już wtedy jako streetworker w Ośrodku Rehabilitacyjno-Wychowawczym dla Dzieci i Młodzieży „Dom Aniołów Stróżów”. Znalazła się w półświatku, gdzie rządzą inne prawa, gdzie funkcjonują inni ludzie, gdzie na starym katowickim dworcu panowała hierarchia swoistego rodzaju „opiekunów”, sutenerów. Żartobliwie opowiadała, że miała dylemat, mówiąc „pracuję na ulicy (śmiejąc się) – pod czwartą latarnią”. Dodała całkiem poważnie i z przejęciem w głosie, że na ulicy nie ma czasu i jeśli naprawdę chce cokolwiek zdziałać, podchodzi do prostytuującej się dziewczyny, wręcza wizytówkę i zapewnia, że chce pomóc. Tylko tyle i aż tyle, to pierwszy krok do wielkiej zmiany. Nie żadne „Jezus cię kocha”, bo to dla niejednej nic nie znaczy. Ona musi tego doświadczyć i tu właśnie jest rola sióstr, myślę, że o wiele trudniejsza. Jak można mówić komuś, że dobry Bóg Ojciec go kocha, skoro nie doświadczyłaś miłości ojca w domu rodzinnym? Jeśli w domu byliśmy kochani, zaopiekowani, a przede wszystkim ważni dla rodziców, nie pozwolimy na krzywdę, manipulację, jakąkolwiek przemoc czy zniewolenie. Jeśli dom rodzinny był pełen miłości i zrozumienia, mamy większe poczucie własnej wartości i zdrowy wzór w doborze partnera. Natomiast ci, którzy mają deficyt poczucia bliskości, pakują się w toksyczne, trudne i niejednokrotnie bardzo niebezpieczne relacje. Dziewczyny wierzą w szczęśliwe zakończenie niczym z bajki o Kopciuszku, a te zajmujące się już prostytucją w historię z filmu „Pretty Woman”. Dziewczyna zakochuje się, wierzy w bajki, a zostaje wystawiona na ulicę lub sprzedana za granicę. Sprzedana komuś jak rzecz. „Żywa ewangelia w habicie” sama mawia, że jeżeli ty, człowieku, jesteś dobrą Ewangelią, to idą za tobą inni ludzie. Siostra na przestrzeni lat doświadczyła na własne oczy, jak Pan Bóg uzdrawia, jak osoby zmieniają się, nawet zewnętrznie. Kobiety, nawet jeśli grzeszyła i upadła bardzo nisko, nie widząc dla siebie już żadnej innej drogi, nie można potępić, bo za wyrazistym, wulgarnym makijażem niejednokrotnie kryją się siniaki i blizny, a pod wyuzdanym strojem chowają się poniżenie, wstyd, cierpienie. „Czy ktoś z was modlił się kiedyś za kobietę zajmującą się prostytucją?” – pyta. „Czy ktoś z was modlił się kiedyś za kobietę, która miała kilka aborcji i piła do nieprzytomności?” – pada kolejne pytanie. Siostra dodaje, że zawsze osobom, którym niesie pomoc, daje prezent – „pomodlę się za ciebie” i prosi: „pomódl się ze mną”, nawet zdeklarowanym, upartym i zatwardziałym niewierzącym mówi, że ona przecież wierzy, więc kontynuuje: „pomódl się ze mną”. Charyzmatycznie i z pełnym przekonaniem dała nam lekcję pt. „Bóg daje łaskę”, podkreślając, że nie wszystko jest łatwe i przyjemne. Zachęcała, by starać się „być Ewangelią dla swoich najbliższych”. Jakże te słowa roznosiły się po salce katechetycznej, jak trafiały i chwytały za serce, ufam, że niejednego zawstydziły i zachęciły do głębokiej refleksji. Jako jedna z nielicznych doskonale wie, o czym mówi i do czego nas zachęca, ponieważ od ponad dwudziestu lat zajmuje się pomocą kobietom w kryzysie, prowadzi jedyny ośrodek w skali kraju, który pomaga kobietom zarabiającym swoim ciałem uwolnić się z łańcuchów własnego i cudzego zniewolenia, a także bezrobotnym, mającym problemy wychowawcze, małżeńskie i finansowe. Siostra Anna nigdy nie potępia, nie moralizuje, nie ocenia, nie gardzi, ona słucha, niczego nie narzucając ani też niczego nie oczekując. W sposób łagodniejszy niż jej spojrzenie jest gotowa całym sercem nauczyć zagubionych bycia częścią społeczeństwa, normalnym, przeciętnym, niestygmatyzowanym człowiekiem. Siedziba Stowarzyszenia Marii Niepokalanej Na Rzecz Pomocy Dziewczętom i Kobietom to dwa pokoiki w domu zakonnym sióstr przylepionym do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Katowicach. Ulicę Krasińskiego 21 znają wszyscy, także prostytutki. Natomiast lokalizacja placówki dla kobiet jest pilnie strzeżona. Siostra Anna tłumaczy, że musi dbać o bezpieczeństwo „ściągniętych” z ulicy, żeby sutenerzy ich nie namierzyli, dba z ogromnym zaangażowaniem o spokój, intymność i poczucie bezpieczeństwa. Na zaprezentowanych przez siostrę zdjęciach widać jedynie fragment domu z ogrodem, gdzie jest miejsce dla piętnastu kobiet z dziećmi, które w większości przypadków uciekły z domu lub ulicy bez niczego. „Najważniejsze to zbudować relację zaufania”, podkreśla siostra Anna. Terapia w ośrodku siostry Bałchan trwa dziewięć miesięcy, analogicznie do powstawania ludzkiego życia. Najważniejsze to stworzyć kobietom pozory domu, nawiązać nić relacji, zaufania, dać poczucie bezpieczeństwa, stałości. Na początek otrzymują podstawowe środki higieniczne, kosmetyczne, zostają otoczone ogromną empatią, wsparciem i zrozumieniem, uczą się czasami wszystkiego od podstaw: obsługi pralki, żelazka, kuchenki, ułożyć jadłospis, ugotować obiad, zadbać o porządek wokół siebie, umyć podłogę, sadzić kwiaty w ogrodzie, uczą się wartości pieniądza poprzez zakupy, rachunki do płacenia, planowanie budżetu.
Uśmiech, uśmiech i inteligentny żart – tak zapamiętamy wizytę siostry w naszej parafii. Z ujmującą szczerością dodaje, że „mo taki plaskaty nos”, bo ciągle zderza się z jakimś murem, ciągle napotyka przeszkody, ma brak siły, niedobór snu, lecz z pełnym zaufaniem „zwraca się po MOC do Góry”. Wszak w tej naszej Polsce jest mnóstwo ośrodków dla uzależnionych od narkotyków, od alkoholu, od seksu, od hazardu, w przeróżny sposób uwikłanych i poranionych ludzi. A kobiety zmuszone zarabiać, sprzedając własne ciało, ciągle są na marginesie. Siostra Anna Bałchan i pracownicy piszą projekty, podania, apelują, ale coraz mniej jest chętnych, żeby pomóc. Pomimo trudności i ludzkiego zmęczenia dodaje: „Dla tego jednego wybuchu uśmiechu każdego przebywającego z nami dziecka i kobiety warto znowu dać z siebie wszystko”. Aktualnie razem ze Stowarzyszeniem PoMOC buduje Centrum Rodziny im. Świętego Józefa w Katowicach, ma to być miejsce, w którym dzieci, rodzice, opiekunowie i dziadkowie będą rozwijać umiejętności budowania relacji i więzi; ma być miejscem kompleksowej opieki nad rodziną, nauki umiejętności i kompetencji, które pozwalają zbudować zdrowe relacje rodzinne. Znajdą się tam żłobek i przed- szkole, będą organizowane warsztaty ze specjalistami z zakresu rodzicielstwa, wychowania, psychologii rozwojowej, komunikacji. Siostra Anna koordynuje prace na miejscu i odwiedza parafie, by prosić o wsparcie. W naszej parafii również mówiła o tym, że owo budowanie czegoś dobrego to nie tylko budowa murów i ośrodka, ale przede wszystkim relacji i więzi, bo to jest w życiu najważniejsze. Mówiła: „Chcemy, by dzieci miały zakodowaną miłość rodziców, dziadków, bo tego nie da się kupić ani zastąpić innymi rzeczami”.
Szczęść Boże, Urszula
Stowarzyszenie PoMOC dla Kobiet i Dzieci im. Marii Niepokalanej ul. Zygmunta Krasińskiego 21 40-019 Katowice
Numer konta: 38 1020 2313 0000 3902 0456 8533 (Bank: PKO BP S.A. Oddział I Katowice)
Tytuł wpłaty: Budujemy Coś Dobrego – Centrum Św. Józefa